Ogłoszenie

Witamy na Forum "Rycerze y Kupcy"!

Linki:

- Regulamin Forum
- Dzielnica Mieszkalna (Przedstaw się tam koniecznie!)
---> -AKTUALNE SPOTKANIE KLUBU <---
- Administracja Forum
- Giełda Forumowa

#1 2012-01-03 22:43:16

 kapadocja

Był statystą w Avatarze

24643945
Skąd: Salt Lake City
Zarejestrowany: 2009-12-26
Posty: 574
Punktów :   
Armia w WFB: Wood Elves

Ze strachu przed śmiercią

Ludzie z Gór rzadko pojawiali się w Cesarstwie. A gdy już to robili, to nie pozostawał nikt, kto mógłby opowiedzieć o spotkaniu z nimi. Oczywiście słyszało się w zatłoczonej karczmie o kimś, kto zarzekał się, że widział Ludzi z Gór. Albo że zna kogoś, kto nawet z nimi walczył. Człek taki najczęściej miał oczy rozgorączkowane szaleństwem, a swoją opowieść snuł wychylając jeden kubek wina za drugim. Trudno wtedy było się rozeznać, czy to tylko jego chory umysł zsyłał nań opowiadane historie, czy rzeczywiście przybysz czerpał ze swojego doświadczenia. Faktem jest, że wierzono w Ludzi z Gór. Spotykano czasem spalone do gołej ziemi wioski, puste, ciche, martwe. Ale niewielu miało na tyle odwagi, by je przetrząsać.

Cathelyn nie musiała wierzyć w Ludzi z Gór. Ona, jej młodszy brat, Robb i Will, syn młynarza wiedzieli już, że Ludzie z Gór nie są tylko legendą. Mieszkali na Pograniczu od urodzenia, tak jak ich rodzice, dziadkowie i bogowie wiedzą jak daleko sięgający w czasy Pierwszych Ludzi przodkowie, nie raz więc słyszeli pełne pasji i obłąkania opowieści przyjezdnych w zakurzonych płaszczach, o twarzach ściągniętych zmarszczkami malowanymi wiatrem i troskami. Ale w gwarnej karczmie historie te, jakkolwiek przerażające, brzmiały, jakby nie dotyczyły Cesarstwa a dalekich Krain za Morzem. Nikt nie brał ich zbyt poważnie. A jednak w Góry nikt również się nie zapuszczał.

-Dłużej nie dam rady – sapnął Robb z trudem łapiąc oddech. Kłęby pary buchały z jego ust, gdy ciężko dysząc pochylił się opierając zmarznięte dłonie na poranionych kolanach.
-Cath, dłużej nie mogę już biec – po brudnym policzku popłynęła słona łza bezsilności. Cathelyn zatrzymała się i rozejrzała nerwowo dokoła. Cichy las skrzypiał pokrytymi lodem konarami starych, powykręcanych czasem drzew. Drewniany baldachim niemal całkowicie zasłaniał brudne od nabrzmiałych śniegiem chmur niebo. Dziewczyna zrobiła parę kroków w kierunku Robba. Skuta mrozem ściółka leśna zatrzeszczała pod jej zbyt lekkimi jak na tę porę roku butami.
Robb, jeszcze trochę, musisz, och, musisz! Oni są zbyt blisko – powiedziała przez ściśnięte gardło cały czas z sarnią czujnością wypatrując ścigających ich wrogów. Zbudzony zamglonym blaskiem przedświtu kruk wzbił się na czarnych skrzydłach w kierunku przepychanych coraz szybciej przez lodowaty wiatr chmur. Rozkrakał się przy tym upiornie wywołując dreszcz strachu na karkach rodzeństwa. Spojrzeli w jego stronę zadzierając głowy do góry, jak bezbronne pisklęta. Ptaszysko zniknęło w klekoczących gałęziach, lecz jego krakanie jakby przykleiło się lodem do omszałych pni.Brzmiało i brzmiało, siejąc lęk w samej duszy. Odgłos trzaskających gałęzi wyrwał ich z odrętwienia. W oczach Cath i Robba zagościło przerażenie, które jednocześnie uskrzydliło ich stopy. Biegli przed siebie łykając zimne powietrze, bojąc odwrócić się za siebie. Jeszcze trochę i dobiegną do wioski, która sąsiadowała z ich rodzinną osadą. Głęboko wierzyli, że tam będą bezpieczni, że tam Ludzie z Gór ścigać ich już nie będą. Była to wiara dzieci, pełna ufności, pewności, i co najważniejsze, naiwna.

Will patrzył tępo oczyma mokrymi od łez na płonące domy. Węgle z dogasających budynków żarzyły się krwistą czerwienią oblewając zbroczony purpurą pierwszy śnieg. Było cicho, tak cicho, jak bywa tylko na cmentarzu. Martwe sylwetki ludzi odcinały się czarnymi cieniami od skrzącej się mrozem i blaskiem umierających płomieni zmarzniętej ziemi. Nie pozostał nikt. Cathelyn i Robb wyłonili się z lasu pędząc co tchu, jednak zatrzymali się w momencie koło Willa widząc spustoszoną ziemię. Nadzieja w ich oczach zgasła jak języki ognia pełzające po właśnie zawalających się belkach domu kowala.
-Musimy uciekać dalej – wyszeptała Cath spękanymi, drżącymi ze strachu i zimna wargami. Will odwrócił na nią wzrok. W jego oczach zobaczyła tylko pustkę.
-Dokąd? - zapytał lakonicznie i to krótkie pytanie uświadomiło całej trójce, że ucieczka jest co najmniej niemożliwa. Że niebawem dołączą do tych wszystkich, których znali, a którzy spoczywają teraz na umierającej każdej zimy ziemi przytulając się do zamarzniętych bruzd coraz chłodniejszymi, trupimi policzkami. Robb usiadł na skrzypiącym od mrozu mchu, ukrył twarz w zimnych dłoniach i rozszlochał się jak dziecko, którym, choćby nie wiadomo jak chciał być dorosły, nadal był. Miał dwanaście lat, mnóstwo marzeń, niespełnionych obietnic danych samemu sobie i właśnie uświadomił sobie, że następnych dwunastu już nie będzie. Ba, nie będzie nawet kolejnego tygodnia!
-Gdziekolwiek, Will, gdziekolwiek. Byle dalej! Robb, wstawaj, idziemy – głos Cathelyn coraz bardziej się załamywał, każde słowo zbliżało ją do dna wypełnionego po brzegi pucharu rozpaczy. Pociągnęła brata za rękę. Robb otarł oczy postrzępionym rękawem i niemrawo podniósł się z ziemi. Will z rezygnacją pokręcił głową, jednak bez słowa ruszył za omijającą szerokim łukiem wioskę dziewczyną.

Słońce już dawno wzeszło, bezskutecznie próbując przebić się przez mglistą zasłonę chmur. Śnieg padał na dobre pokrywając las miękkim, białym płaszczem. Cisza, przerywana z rzadka przez leśne stworzenia, zatykała uszy. Zrobiło się nieco cieplej, jednak ani Cath, ani Robb, ani Will nie zwrócili na to uwagi. Byli głodni, zmęczeni, przemarznięci do szpiku kości, pozbawieni wszelkich złudzeń i nadziei co do swojego losu, jednak parli naprzód. Szli z determinacją podtrzymywaną przez instynktowną walkę o przetrwanie, bodziec, z którym nie było żadnych targów ani dyskusji.
-Myślicie, że jeszcze nas ścigają? - wyszeptał Robb dzwoniąc zębami.
-Miejmy nadzieję, że nie. Poza tym, pada śnieg, jest duża szansa, że nas nie znajdą. Głowa do góry, Robb – Will uśmiechnął się wymuszonym, zmęczonym uśmiechem poklepując chłopca po ramieniu. Zamarł w pół kroku nie wierząc własnym oczom. Gdzieś pomiędzy splecionymi w uścisku drzewami przycupnęła niewielka, drewniana chatynka o mocno pochylonym dachu przysypanym jesiennymi liśćmi, które powoli niknęły pod cienką warstewką coraz mocniej sypiącego śniegu. Chłopak ruszył w tamtą stronę żwawo, jakby wcale nie przebiegł zeszłej nocy niezliczonej ilości mil. Dom był opuszczony, spróchniałe drzwi trzymały się na jednym tylko, mocno pordzewiałym zawiasie. Okiennice, zabite na głucho, wiosną na pewno zazielenią się bujną roślinnością, której nie powstydziłby się niejeden przydomowy ogródek. Ale to wszystko było nieważne, chatka kusiła czterema ścianami chroniącymi przed dojmującym wiatrem sypiącym w twarz coraz gęstszym śniegiem. Mogliby się tu zatrzymać, rozgrzać zmarznięte dłonie, kto wie, może nawet zdrzemnąć.Will pełen optymizmu złapał za klamkę i pociągnął mocno do siebie odgarniając drzwiami zeschłe liście i ziemię. Cathelyn położyła zgrabiałe dłonie na ramionach brata i razem, w milczeniu przyglądali się poczynaniom Williama. Wnętrze domu ziało ciemnością. Willa owiał zapach stęchlizny i słodkawo – trupi smród śmierci. Jego uszy przeszył przeraźliwy, kobiecy krzyk, wlewający się wgłąb ciała i wypalający ducha, upiorny, pełen żalu, złości i zawiści. Krzyk wydobywający się nie z gardła, lecz z samego mroku, który zrodził Płaczkę, krzyk zwiastujący niechybną i wyjątkowo paskudną śmierć temu, kto go usłyszy. Wystrzępiona postać utkana z dymu i mgły, wykrzywiając pozbawioną oczu, ziejącą pustymi oczodołami, twarz leciała szybko z czeluści opuszczonego domostwa wyciągając w stronę sparaliżowanego strachem chłopaka szponiaste, powykręcane dłonie. Włosy, żyjące własnym życiem, oplotły twarz młodzieńca, Płaczka wzięła go w swoje objęcia składając na jego wargach lodowaty pocałunek zwiastujący jego rychły i nieuchronny koniec i rozpłynęła się jak rozwiana wiatrem mgła. Will nie mógł się poruszyć, w jednej chwili jego czarne dotąd włosy przybrały barwę otaczającego go śniegu, twarz ściągnęła się jak pergamin. Oddychał szybko i płytko, dopiero po chwili mrugnął, jakby wracając do otaczającej go rzeczywistości. Spojrzał na Cathelyn i Robba; oboje byli przerażeni i wpatrywali się w niego szeroko otwartymi oczyma. Will poruszył drżącymi, zsiniałymi wargami, próbując wypowiedzieć jakieś zdanie, lecz żaden dźwięk nie wydobył się ze ściśniętego lękiem gardła. Siadł ciężko na zimnej ziemi i zapatrzył się w czerń otwartych na oścież drzwi. Słyszał opowieści o Płaczkach, nazywanych też Wdowami, Dusicielkami czy Banshee. Podobno Dusicielką po śmierci zostawała zła kobieta, pełna zazdrości, gniewu, taka która za życia w Dawnych Dniach zostałaby uznana za Wiedźmę i spalona. Niektórzy twierdzili, że taki los spotyka wszystkie dzieciobójczynie. Will, aż do teraz uważał te opowieści za zwykłe bajdurzenia pijanych wędrowców, którzy opowiadanymi przez siebie historyjkami miast złotem chcą opłacić ciepłą strawę, kubek wina i pokój w karczmie, do której zawitali. Jego serce ściśnięte było tak głębokim przerażeniem, iż wydawało mu się, że zaraz pęknie. Jeśli te wszystkie bajania były prawdziwe, a miał teraz całkiem solidne podstawy, by tak sądzić, to nie zostało mu wiele czasu. Pewnie zamarznie tutaj, w ciemnym, starym lesie. Albo umrze z głodu, wcześniej jednak zdzierając skórę z dłoni w poszukiwaniu najpodlejszych choćby korzonków nadających sie do spożycia. Ewentualnie rozszarpią go wilki. Albo jakimś cudem odnajdą Ludzie z Gór. Z fatalistycznych rozmyślań wyrwał go Robb, mocno potrząsając za ramię. Will widział, że chłopiec coś mówi, bo jego wargi się poruszają, ale nie słyszał słów, słyszał bełkotliwy dźwięk wydobywający się z ust brata Cath, ale nie rozumiał znaczenia. Dopiero po chwili sens wypowiedzi zaczął do niego docierać.
-Will! Will! Chodźmy stąd! Nie zostawajmy tu! Will!
-Po co, Robb? W którą stronę chcesz iść? - głos Willa był suchy jak listopadowy liść.
-No jak to gdzie?! Cathelyn mówiła mi, że niedaleko jest jeszcze jedna osada, a dalej, dalej jest niewielkie miasteczko. Tam na pewno nic by nam już nie groziło, Will! Ludzie z Gór nie zapuszczają się tak daleko, prawda?
-Więc pokaż mi drogę – Robb ucieszył się, że udało mu się namówić towarzysza do jakiegokolwiek działania, lecz w ciągu chwili uśmiech spełzł z jego twarzy, gdy tylko uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, gdzie się znajduje. Był w lesie, to oczywiste, ale nie był to las, który znał. Tutaj każdy klaszczący wiatrem konar był obcy, groźny, nie znał żadnej z zasypanych białym puchem ścieżek. Jednym słowem zgubił się. Spojrzał zlękniony na siostrę. Stała odwrócona do nich bokiem nerwowo skubiąc zębami paznokieć na kciuku. Drżała z chłodu i patrzyła w gęstwinę. Płakała. Płakała z bezsilności, strachu. Płakała, bo wiedziała, że Willa nic nie uratuje od losu napisanego krzykiem Wdowy. Byli w tym samym wieku, razem się wychowywali, razem łowili ryby, zbierali chrust i obdzierali kolana bawiąc się w berka na gościńcu przebiegającym przez wioskę, w której mieszkali.
Cath? - dziewczyna odwróciła złotowłosą głowę w stronę brata – to gdzie jest to miasteczko, o którym mówiłaś? - Cathelyn rozejrzała się zdezorientowana. Szczerze mówiąc nie miała najmniejszego pojęcia, ale nie mogła się zawahać.
-Tam – wskazała ręką kierunek w miarę zbliżony do tego, w którym podążali dotychczas. Will doskonale widział kłamstwo w jej oczach, słyszał je w słowie, które wypowiedziała z niemal niezachwianą pewnością. Niemal. Wstał z ziemi. Wiedział, że zabłądzili i wiedział, że istnieją marne szanse na to, że kiedykolwiek znajdą właściwą drogę. Po prostu ruszył przed siebie, zostawiając za sobą martwą chatę.

Zmierzch rozłożył się cieniem drzew na ziemi, niczym puszysty kot na pańskich kolanach.
-Daleko jeszcze? Mówiłaś, że dojdziemy dzisiaj.
-Robb, mówiłam też, że to zależy od pogody, a ta nam nie sprzyja.
-Nie chcę nocować w tym lesie, rozumiesz?! Nie chcę! Mam już dość tych gapiących się na mnie krzaków, zimna, śniegu! Mam dość! Jestem głodny, zmarznięty i wykończony! - chłopiec usiadł opierając się o drzewo
-Nigdzie się stąd nie ruszę!
-Jeśli tu uśniesz, to już nigdy się nie obudzisz – powiedział Will patrząc smutno na Robba.
-Nie obchodzi mnie to! Nie zrobię już ani jednego kroku więcej! - mróz zaczął się wzmagać wraz z nie ubłagalnie nadchodzącą nocą. Gdzieś w oddali przeciągle zawył wilk. Po chwili kilka innych, ochrypłych głosów przyłączyło się do śpiewnego zewu. Robb skoczył na równe nogi, jakby ktoś smagnął go batem po piętach. Zrównał się z siostrą.
-Musimy znaleźć jakieś miejsce na nocleg – Cath rozglądała się bacznie. Ona również nie miała sił na cokolwiek, jednak rozgrzewająca serce nadzieja wciąż się w niej tliła, dodając otuchy.
-Tam – wskazała dłonią na stare, martwe, groteskowo powyginane drzewo o szerokim, pustym w środku pniu błyszczącym od lodu królujące na środku niewielkiej polany. Weszła do drzewa rozcierając zmarznięte ramiona.
-Tu jest tak samo zimno jak na zewnątrz – marudził Robb
-Ale przynajmniej nie wieje – mruknął Will. Pogrzebał w kieszeni wyciągając z niej małe, ostre kamyczki. Chyba tylko dzięki wyjątkowo sprzyjającej woli bogów udało mu się skrzesać niewielki płomyk.
-Siądźcie blisko siebie i przykryjcie się jednym płaszczem, będzie wam cieplej – zakomenderował – Ja wezmę pierwszą wartę. - rodzeństwo bez słowa wykonało jego polecenie. Zanim Will wyszedł na zewnątrz Robb już spał wtulając twarz w złociste włosy siostry.

Wiatr przepędził chmury, gwiazdy obsypały niebo srebrnym, mieniącym się pyłem. Mróz coraz bardziej dawał się Willowi we znaki. Młodzieniec wpatrywał się w ciemność szczękając zębami z zimna. Cały czas w jego uszach, gdzieś na granicy słyszalności, brzmiał upiorny krzyk Banshee. Will nie mógł przestać myśleć o zbliżającym się końcu. Bał się, bardzo się bał tego, co szykował dla niego podły los. Nie chciał, aby jego przekleństwo stało się również wyrokiem dla Cathelyn i Robba. Ta świadomość była gorsza niż strach przed własną śmiercią. Nie chciał, aby podzielili jego mroczne od czasu spotkania w samotnej chacie przeznaczenie. Zapatrzył się w księżyc, oświetlający okrągłą tarczą uśpiony las.

Ogień zgasł. Robb obudził się jeszcze bardziej zmęczony, niż zasypiał. Głód ssał jego żołądek, ból mięśni zdawał się rozrywać ciało. Usiadł rozglądając się wokoło. Cathelyn spała jeszcze niespokojnym snem.
-Cath? - trącił ramię siostry
-Hmmm?
-Gdzie jest Will? - to jedno pytanie obudziło dziewczynę szybciej i skuteczniej niż wojskowa trąbka grająca na alarm. Zerwała się na równe nogi i wyszła na skrzypiący mróz.

Wiatr klekotał konarami starych drzew wygrywając na nich tylko sobie znaną melodię. Słońce znowu skryło się za chmurami, przebijając się niemrawo przez mleczną firanę. Gałęzie skrzypiały przy każdym poruszeniu. Zmarznięta ściółka chrzęściła pod krokami Cathelyn i Robba. Kruk, ucztujący na pokrytym szronem wisielcu zakrakał ostrzegawczo zauważając zbliżających się intruzów. Nie miał najmniejszego zamiaru porzucać swojej zdobyczy. Pasek zawiązany na grubym konarze trzeszczał pod ciężarem kołysanego mroźnym wiatrem trupa. Cathelyn krzyknęła widząc Willa. Zaszklone oko patrzyło w pustkę, twarz zsiniała, nabrzmiały język wypełniał usta wypełzając poza wargi. Kruk poprawił się na zbielałej czuprynie chłopaka i dalej skubał spokojnie pusty oczodół.
-Cath, och, Cath, czemu on to zrobił? - Robb z przerażeniem ukrył się w ramionach siostry
-Nie wiem, Robb. Nie wiem... To na pewno przez Dusicielkę... - wyszeptała
-Ale przecież my też ją słyszeliśmy, Cath! - spojrzał jej w oczy ze strachem – Czemu Will nas zostawił?! - Cath zapatrzyła się gdzieś wgłąb lasu.
-Myślę Robb, że ze strachu. Ze strachu przed śmiercią.


Jedyna możliwość żonatego mężczyzny, by w domu mieć ostatnie słowo, to przyznać rację żonie

Offline

#2 2012-01-05 18:31:18

 Gruby

PrzeSPAMny Pisaczyciel

Skąd: Częstochowa
Zarejestrowany: 2011-08-24
Posty: 2036
Punktów :   
Armia w W40: Orkz [Evil Sunz]

Re: Ze strachu przed śmiercią

Podoba mi się motyw z Banshee i z tą chatką. Jedyne co bym zmienił to wieszanie. Jeżeli ci ludzie z gór byli tak okrutni, to czemu go tylko powiesili? Czemu nie nabili go na pal, nie zrobili mu świecy, lub chociaż przed tym powieszeniem go nie okaleczyli w jakikolwiek sposób?


http://www.nodiatis.com/pub/19.jpg


Born to Lose - Live to Win

Offline

#3 2012-01-05 19:22:23

 kapadocja

Był statystą w Avatarze

24643945
Skąd: Salt Lake City
Zarejestrowany: 2009-12-26
Posty: 574
Punktów :   
Armia w WFB: Wood Elves

Re: Ze strachu przed śmiercią

Facet, nie zrozumiałeś pointy. On się sam powiesił...


Jedyna możliwość żonatego mężczyzny, by w domu mieć ostatnie słowo, to przyznać rację żonie

Offline

#4 2012-01-05 19:46:33

 Gruby

PrzeSPAMny Pisaczyciel

Skąd: Częstochowa
Zarejestrowany: 2011-08-24
Posty: 2036
Punktów :   
Armia w W40: Orkz [Evil Sunz]

Re: Ze strachu przed śmiercią

A, to przepraszam


http://www.nodiatis.com/pub/19.jpg


Born to Lose - Live to Win

Offline

#5 2014-09-28 06:20:07

 Tracy

Pomywacz

Skąd: US
Zarejestrowany: 2014-09-28
Posty: 1
Punktów :   
WWW

Re: Ze strachu przed śmiercią

ooooh, Did not understand


Replica Watches UK, Good Gifts and Cheap

Offline

Forum "Rycerze y Kupcy" (c) 2011. Wszelkie prawa zastrzeżone dla gen. Szramy. free counters Free Page Rank Tool

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB 1.2.23
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
Boasting air-conditioned accommodation with wczasy w Chłopach soda kaustyczna gdzie kupić wrocław marketing polityczny