Ogłoszenie

Witamy na Forum "Rycerze y Kupcy"!

Linki:

- Regulamin Forum
- Dzielnica Mieszkalna (Przedstaw się tam koniecznie!)
---> -AKTUALNE SPOTKANIE KLUBU <---
- Administracja Forum
- Giełda Forumowa

#1 2014-02-02 12:08:44

 kapadocja

Był statystą w Avatarze

24643945
Skąd: Salt Lake City
Zarejestrowany: 2009-12-26
Posty: 574
Punktów :   
Armia w WFB: Wood Elves

Dwa i pół metra mułu

Opowiem wam o tym, jak skończył się świat. Nie, nie było komet, Marsjan ani wybuchu Słońca. Była zwykła, uczciwa apokalipsa, dokładnie taka, jaką opisał w swojej księdze święty Jan. Anioły odtrąbiły początek i zaczął się horror. Z nieba spadł krwawy deszcz, a zaraz po nim grad płomieni.

Był piękny, kwietniowy poranek, gdy zatrzymałem się w kawiarni, by napić się kawy w jakimś kolorowym miejscu przed początkiem szpitalnego dyżuru. Pijąc małą czarną przeglądałem od niechcenia gazetę. Ominąłem pierwsze strony, krzyczące o kolejnych aferach, kradzieżach, morderstwach i wojnach gdzieś bardzo daleko, w które, całkowicie filantropijnie, w obronie uciśnionych, nie ropy, broń Boże, wmieszał się nasz rząd. Przekartkowałem cały dziennik, nie znajdując w nim nic interesującego, więc zrezygnowałem z lektury.
Wsiadłem do auta i ruszyłem, uśmiechając się do siebie. Minąłem spokojnie St. George's Street i skręciłem w Golden Park. Tam zatrzymałem się na końcu pokaźnego ogonka. Korek ciągnął się aż do następnej przecznicy.
Zastanawiałem się, czy wypisali już panią Northon. Miła kobiecina, jednak strasznie schorowana. I, mimo licznej rodziny, samotna. Często z nią rozmawiałem, naprawdę uważałem, że praca lekarza nie ogranicza się jedynie do przepisania tabletek; w każdym pacjencie widziałem przede wszystkim człowieka, przychodzącego do mnie po pomoc. I za każdym razem cieszyłem się, że wybrali właśnie mnie, ufając umiejętnościom i wiedzy.
Stałem już dobre kilkanaście minut, jednak nic nie mogło zmącić mojego świetnego nastroju. Nawet dziwaczny obdartus ze skołtunioną brodą, zatkniętą za pasek poszarpanych spodni, który podchodził po kolei do każdego samochodu i grzmiącym głosem obwieszczał, że koniec jest bliski! Wygrażał przy tym powykręcanym artretyzmem paluchem, jakby chciał skarcić niesforne dzieci. Jeżdżąc tą trasą spotykałem w ciągu tygodnia przynajmniej kilku jemu podobnych. Głosili najczęściej przybycie obcych, którym należy przygotować gościnę, przebudzenie Atlantydów czy jak ten jegomość – koniec świata w tej czy innej formie. Nauczyłem się już ignorować tych nieszkodliwych dziwaków, odmawiając za nich w duszy modlitwę o uzdrowienie poszarpanego umysłu.
Niebo zasnuły ciemne chmury, po których przetoczył się grzmot. Huk nie umilkł po chwili, jak to ma w zwyczaju prawdziwy piorun, lecz trwał, wyjąc coraz głośniej. Ludzie padali na ziemię, zasłaniając uszy, okna na wystawach popękały, obsypując przechodniów deszczem drobnego szkła. Oparłem głowę o kierownicę i wiedziałem, że krzyczę, ale nie słyszałem swojego głosu, łączącego się z wrzaskiem wszystkich wokół. Tylko stary dziwak nie panikował; padł na kolana, wznosząc ręce ku niebu i dziękował Bogu, że dane mu było zobaczyć Jego ponowne przyjście. Na twarz mężczyzny spadły pierwsze krople krwistego deszczu, a on dalej klęczał, zwracając szalone oczy ku Stwórcy. Trąba umilkła. Podniosłem niepewnie głowę; nadal dzwoniło mi w uszach, z przerażenia nie mogłem zaczerpnąć oddechu. Skrzyżowałem spojrzenia z obłąkanym starcem.
– Zaczęło się, bracie. Ciesz się, ze nie musisz obawiać się gniewu Pana, który przychodzi w obłoku. - Szeptał, jednak dla mnie jego słowa dźwięczały jak bębny. Chciałem coś powiedzieć, ale głos uwiązł mi w gardle. Bezradnie patrzyłem na ulice zlane krwią i posypane szkłem. "Jak truskawki z cukrem" – pomyślałem, nie mając pojęcia, skąd w głowie wzięło się tak absurdalne porównanie.
Ciemne niebo kotłowało się nisko nad podnoszącymi się z wolna ludźmi. Wstawali na nogi jak zombie; niezgrabnie, jakby pierwszy raz używali stóp. Rozglądali się zdezorientowani, nie wierzyli własnym oczom. Ściemniło się jeszcze bardziej i chmury wypluły z siebie grad płonących kamieni. Zapanował totalny chaos; każdy szukał schronienia, kierowcy próbowali pospiesznie opuścić ulicę, w panice nie zważając na pieszych. Jakaś kobieta, uciekając w popłochu, wpadła wprost pod koła ciężkiego Audi. Kierowca w ostatniej chwili próbował ją wyminąć, lecz auto zareagowało zbyt wolno. Przycisnęło ją do innego samochodu, gruchocząc kości i miażdżąc płuca. Patrzyła szklistym wzrokiem w twarz pobladłego mężczyzny, po chwili jej głowa opadła na maskę. Ogień zalał całą ulicę, pożerając chciwie parasole kawiarń i pubów, przenosząc się coraz wyżej i wyżej, aż w końcu zaczął lizać stropy budynków. Błękitno czerwona dyskoteka błyskała zewsząd, lecz nikt nie mógł przebić się przez kłębowisko aut i ludzkich ciał. Ci, którzy byli na otwartej przestrzeni, spłonęli żywcem, miotając się na asfalcie jak wyrzucone na brzeg ryby. Patrzyłem na to wszystko jakby z boku, jakby nie dotyczyła mnie ta cała sytuacja, a samochód, w którym siedziałem wcale nie płonął. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z zagrożenia i szaleńczo próbowałem opuścić swoje więzienie. Wtedy w głowie usłyszałem głos: "Nie lękaj się. Jesteś Moim synem umiłowanym, ciebie wybrałem. Nie zginiesz, lecz będziesz żył, by głosić Moją chwałę." Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestałem się szamotać i usiadłem spokojnie, przepełniony ufnością. Dym wdzierał się przemocą do płuc, zmuszając do kaszlu, lecz nie ruszyłem się z auta.

Obudziłem się w szpitalu, podłączony do niezliczonej ilości rureczek i kabelków. Ale żywy. Leżałem w bezruchu. Na korytarzu usłyszałem cichą rozmowę, chyba dwóch pielęgniarek.
– To prawdziwy cud... Z tego karambolu nie wyszedł cało nikt, poza nim i jeszcze jednym staruszkiem.
– Ale jak to możliwe?
– Nie mam pojęcia.
"Wyprowadziłem cię z niebezpieczeństwa tak, jak wyprowadziłem Mój lud z Egiptu"
– Wiem, Panie – szepnąłem, nie mając najmniejszych wątpliwości, że rozmawiam z Bogiem, którego wyznawałem, odkąd tylko nauczyłem się mówić.
Z OIOMu całkiem szybko przewieziono mnie do zwyczajnej sali, w której mogłem – czy tego chciałem, czy nie – dzielić się swoimi przemyśleniami ze współtowarzyszami chorobowej niedoli. Oczywiście tematem numer jeden, i tu, i w telewizji, był krwawy i ognisty deszcz.
– A pan jak myśli, co to było? - George zagadnął mnie któregoś dnia przy obiedzie.
– Ja? Nie wiem co mam o tym myśleć – skłamałem i gdzieś w głębi duszy poczułem, że uczyniłem źle. - Jak dla mnie wygląda to na początek apokalipsy – zaśmiałem się, by rozładować napięcie, ale jednocześnie pozostać w zgodzie z własnym sumieniem.
– Co też pan bredzi! Jaka apokalipsa! Pewno ruskie znowu coś kombinują, jak za czasów zimnej wojny, mówię wam! - Odezwał się stary wiarus, Jim.
– Hah! A może to obcy zafundowali nam dzień niepodległości, co? - Mike rozbroił wszystkich swoimi słowami. Gruchnęliśmy wesołym śmiechem.
Przez cały pobyt w szpitalu przeprowadziliśmy dziesiątki rozmów na ten temat. Jim obstawiał swoją teorię spiskową, Mike, jak się okazało, naprawdę wierzył w ufoludki.
Aż wreszcie nadszedł dzień, w którym lekarz mi oświadczył:
– Panie Raven, śmiało możemy pana wypisać do domu.
Ucieszyłem się jak dziecko, chociaż nie byłem przekonany, czy mam do czego wracać.
Zgodnie z moim czarnym scenariuszem, kamienica, w której mieszkałem, doszczętnie spłonęła. O odszkodowaniu z towarzystwa ubezpieczeniowego również mogłem zapomnieć, no bo kto przy zdrowych zmysłach ubezpiecza mieszkanie na wypadek pożaru w wyniku deszczu płonących kamieni?
Wyciągnąłem z banku trochę oszczędności i postanowiłem zatrzymać się w hotelu. Niestety, na podobny koncept wpadło całkiem sporo osób. Pomimo tego, że rząd zorganizował jakieś punkty pomocy i noclegownie dla najbardziej potrzebujących, nadal wiele osób nie miało gdzie się zatrzymać.
Gdy tak błąkałem się po ulicy, podszedł do mnie wysoki mężczyzna.
– Witaj, bracie – pozdrowił mnie w niecodzienny sposób. – Jeżeli szukasz schronienia, pójdź za mną. - Wskazał kierunek dłonią, na której przegubie zalśniła błękitna ryba – dokładnie taka, jaką przyjęli za swój symbol chrześcijanie. "Idź za nim" – usłyszałem. Podziękowałem nieznajomemu skinieniem głowy i ruszyłem obok niego do niewielkiego kościółka, położonego na skrzyżowaniu mało uczęszczanych dróg.
Świątynia przywitała nas chłodem grubych, kamiennych murów. Mrok wewnątrz rozpraszały tylko nikłe ogniki świec, ustawionych pod figurą Matki Boskiej. Przeszliśmy nawą boczną na zakrystię, gdzie siedział siwiuteńki jak gołąb ksiądz. Podniósł oczy znad modlitewnika, zdjął okulary i wstał, by nas powitać.
– Kogo mi prowadzisz, Davidzie? - spytał słabym głosem.
– Brata, ojcze Ronaldzie. Błąkał się, zapewne szukając schronienia. - Staruszek uśmiechnął się łagodnie i przeniósł wzrok na mnie. Wyciągnął przyjaźnie dłoń, którą uścisnąłem. Nie puścił mojej ręki; stanowczym ruchem podwinął mankiet i przyjrzał się skórze. Ku mojemu zdumieniu na nadgarstku zalśniła błękitna ryba, taka sama, jaką zauważyłem wcześniej u Davida.
– Dobrze, że do nas trafiłeś, chłopcze - powiedział, puszczając mnie. Nie mogłem oderwać wzroku od fosforyzującego znamienia.
– Co to jest? - spytałem po chwili.
– Znak. Bóg wybrał Cię na swojego żołnierza w nadchodzącej bitwie o zbawienie.
– Więc...
– Apokalipsa się rozpoczęła. A my dostąpiliśmy zaszczytu, by służyć pod anielskimi sztandarami.

David zaprowadził mnie na plebanię, gdzie spotkałem wielu ludzi naznaczonych rybą. Byłem zbyt oszołomiony, by racjonalnie myśleć. Pamiętam, że witałem się z nimi serdecznie; szybko udzielił mi się ich pogodny nastrój, pełen nadziei i ufności.

Cały swój czas dzieliłem pomiędzy wspólnotą a szpitalem, który po ostatnich wydarzeniach pękał w szwach; na szczęście sam budynek został ominięty przez katastrofę. Z bólem serca patrzyłem na tych wszystkich ludzi, którzy stracili bliskich, jednak wciąż o nich wypytywali w nadziei, że być może udało im się ujść z życiem. Nasz personel również był mocno zdziesiątkowany – wielu moich kolegów zginęło albo zostało trwale okaleczonych.

Pewnego wieczora, gdy siedziałem na stołówce, zobaczyłem w telewizji program, w którym wypowiadał się polski profesor, Roman Lityński:
– Z niewiadomych przyczyn spłonęły wszystkie trawy na ziemi. W tym zboża. Raporty są zatrważające; czeka nas głód, ponieważ nie ma z czego robić mąki, nie ma czym karmić zwierząt. Cały czas próbujemy obsiewać pola tym, co pozostało w spichlerzach, jednak to wszystko kropla w morzu potrzeb. Tak naprawdę minie kilkadziesiąt lat, zanim uda nam się powrócić do względnej równowagi, ale w tym czasie może dojść do strasznych rzeczy. Obawiam się, że już teraz, pomimo że pozostało jeszcze trochę zapasów, ceny żywności pójdą drastycznie w górę. Podejrzewam, że w związku z brakami w zaopatrzeniu, dostawy do krajów trzeciego świata zostaną ograniczone, bądź wstrzymane całkowicie.
Wyłączyłem telewizor i pomyślałem ze współczuciem o tych wszystkich, którzy cierpią głód. Jako wychowanek domu dziecka, niechciany przez własnych rodziców, doskonale znałem warkot pustego brzucha. Pomyślałem o tych wszystkich, którzy zginą z głodu. Próbowałem wmówić sobie, że na świecie zawsze był głód, ale uświadomiłem sobie, że nigdy na taką skalę.

Przez kilka miesięcy był spokój, chociaż rządy podejrzliwie patrzyły sobie na ręce. Gdyby to przedziwne zjawisko miało miejsce tylko w jednym kraju, wówczas pewnie zaczęto by doszukiwać się spisku. A tak, każdemu się oberwało. Oszacowano, że zniszczona została jedna trzecia planety. Na każdym kontynencie, poza Antarktydą, odnotowano krwawo ognisty deszcz. Widać Bóg z jakichś przyczyn lubi pingwiny...
Byli tacy, którzy – jak poznany w szpitalu Mike - obstawiali inwazję obcych i tych było chyba najwięcej. Bo deszcz meteorytów na całej powierzchni Ziemi wykluczono. Wielu ludzi, mimo swojego wcześniejszego, wulgarnie ateistycznego nastawienia, powróciło do wyznawanych wcześniej religii. Kościoły na nowo wypełniły się wiernymi. Nawet islamiści spasowali z atakami terrorystycznymi. Przywódcy religijni byli pełni obaw; to na ich barkach spoczęło uspokojenie przerażonej dziatwy. Z tym, że sami odczuwali taki sam strach i na nic nie zdała się ich wiara. Była za słaba. Tylko garstka ludzi patrzyła w przyszłość z podniesionym czołem. Ci, którzy wierzyli prawdziwie, z dziecięcą ufnością. Otrzymali znak i obietnicę, że nie stanie im się żadna krzywda.

Minął jakiś rok od Pierwszej Trąby. Ludzie powolutku, mozolnie, zaczęli odbudowywać swój świat, jednak wielu rzeczy nie dało się uratować. Spłonęła cała Amazonia, pół tajgi syberyjskiej i mnóstwo innych, pięknych lasów. Szybko przekonaliśmy się, że wrzaski ekologów względem zielonych płuc świata tym razem były zasadne. Powietrze było aż szare. Na całym świecie wprowadzono kosmiczne podatki od posiadania samochodu. Zmiany wywołały straszne burze przyzwyczajonych do wygody obywateli. Kilka rządów zostało obalonych, ale ci, którzy zajęli miejsce poprzedników szybko zostali odwiedzeni od oddania społeczeństwu aut. Wiele firm przemysłu ciężkiego zbankrutowało po wejściu w życie nowych regulacji, dotyczących ograniczeń emisji dwutlenku węgla do atmosfery i kar za niestosowanie się do zaleceń.

Gdy zabrzmiała druga trąba, ludzie już wiedzieli, że zdarzy się coś strasznego i szybko szukali schronienia. Widzieli błyski na niebie, lecz tym razem pociski ominęły miasta. Za to zatoki wyrzuciły na brzeg tysiące martwych ryb. Woda zaczerwieniła się od krwi. Nie potrafię sobie wyobrazić żalu tych wszystkich, którzy właśnie w wodzie upatrywali swojego wybawcy. Morze karmiło ich, gdy ziemia przestała. A teraz i to im odebrano.
Trzecia trąba nie zwlekała i zagrzmiała niespełna miesiąc później. Kolejne płomienie spadły na rzeki i źródła, czyniąc ich wodę gorzką i trującą. Rośliny, które pozostały po zeszłorocznej katastrofie, zaczęły więdnąć, wielu ludzi, spragnionych i błagających o choćby kropelkę, pomimo ostrzeżeń, skusiło się na piołunowy napój. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Bolesna i długa agonia czekała wszystkich, którzy, złaknieni, poddali się pokusie. W krótkim czasie wymarło wielu mieszkańców Afryki, południowej Azji i Australii. Ludzi było tak niewielu, że nie miał kto chować zmarłych, toteż zaraza, jaka się rozprzestrzeniła, zabrała ze sobą kolejne miliony istnień. A to był dopiero początek...

Gdy usłyszano Czwartą Trąbę, ziemię przykrywał śnieg. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Ludzie z przerażeniem zwracali oczy ku niebu, lecz tym razem nic na nim nie zajaśniało; przeciwnie, księżyc stracił swój blask a gwiazdy gasły jedna po drugiej. Poranne słońce również nie dawało zbyt wiele światła. Tam, gdzie zawsze panował gorąc, nagle pojawił się mróz. Biały puch bardzo szybko przykrył całą planetę, zamieniając ją w zmarzlinę. Mówiono, że najgorszy był luty; wtedy na równiku najwyższa temperatura nie przekraczała zera stopni Celsjusza.
Maj przywitał świat chłodem, jakiego nie powstydziłby się styczeń. Nawet nie chcę myśleć, ilu ludzi wtedy zamarzło. Ilu umarło zwyczajnie z głodu. Słyszałem, że w niektórych miejscach było już tak źle, że zaczęto zjadać starych, chorych i małe dzieci. Przeżywali tylko najsilniejsi, którzy potrafili się obronić i ci, którzy byli na tyle podli, by polować na innych. I wtedy nad każdym domem, nad każdą wsią i miastem przeleciał czarny orzeł, krzycząc: "Biada, biada, biada mieszkańcom ziemi wskutek pozostałych trąb trzech aniołów, którzy mają zatrąbić!"
Lęk padł na wszystkich jak cień potwora spod dziecięcego łóżka. Już dawno zniknęli ci, którzy wątpili w istnienie Boga. Nagle wszyscy wznosili ku Niemu błagalne dłonie, modląc się o wybawienie. Ale na to było już za późno. Teraz nadszedł dzień sądu.
Piąta Trąba przyniosła ze sobą szarańczę. Obudziło mnie bzyczenie i stukanie w szybę. Blade słońce ledwo przebijało się przez chmury. Szczęście, że nie zabrano nam go w całości!
Za oknem fruwały setki dziwnych owadów, wielkością dorównujących krukom. Jeden z nich za mocno uderzył o szybę i padł martwy. Podniosłem go z parapetu. Napawał mnie odrazą i obrzydzeniem. Przypominał szarańczę, tylko dużo większą. Miał koński łeb o ludzkiej – o zgrozo – twarzy. Na kark spływały mu złote, miękkie włosy. Całe ciało pokrywała stalowa łuska, z lędźwi wyrastał skorpioni ogon. Krew odpłynęła mi z twarzy. Nigdy nie widziałem takiego bydlęcia.
Zszedłem do stołówki, w której wszyscy siedzieli, zgromadzeni przed porannymi wiadomościami na 56 kanale. Spikerka drżącym głosem relacjonowała przebieg plagi. Na cały świat rozpełzła się jadowita szarańcza. Bardzo wielu ludzi zostało ukąszonych. Nieomal natychmiast dostawali wysokiej gorączki, całe ciało palił niewyobrażalny ból. Z jednej strony żal było mi tych bezbożników, z drugiej wiedziałem, że być może dzięki temu doświadczeniu się nawrócą.
W kieszeni zabrzmiał mi pager, więc pognałem jak najszybciej do szpitala. Tam zobaczyłem ogrom plagi. Poczekalnia była pełna; jęk bólu przywiódł mi na myśl obrazy Boscha – brakowało tylko, by ludzie zaczęli się wić w splotach jak węże. Zdawałem sobie sprawę, że nic nie jest w stanie umniejszyć ich cierpienia. Ci, których jakimś cudem ominęły jadowite ukąszenia, czepiali się mojego rękawa, błagając, by najpierw obejrzeć ich najbliższych. Gdzieś w oddali przebiła się kłótnia kilku osób o to, kto był pierwszy w upiornej kolejce. Panował tu totalny chaos, niewiele brakowało do otwartej bijatyki tych, którzy stali na nogach. Nie miałem pojęcia, co mogę zrobić.
To był miesiąc wyjęty z życiorysu. Bracia i siostry ze zgromadzenia dzielnie pomagali mi przy pogryzionych, chociaż trochę starając się złagodzić ból. Wiedzieliśmy, że jad nie jest śmiertelny i mieliśmy świadomość, że jego działanie jest długotrwałe. Mimo, że zmienialiśmy się na warcie przy chorych, każdy był wycieńczony. Najgorsza była bezsilność.
Pięć miesięcy później cały świat zdumiał się, że epidemia minęła jak ręką odjął. Ja tylko uśmiechnąłem się pod nosem; przecież Pan przez Swego sługę, Jana, wyraźnie powiedział, że tak będzie.
W styczniu, niedługo po usłyszeniu przez świat kolejnej Trąby, trafił do nas żołnierz, który służył nad Eufratem. Nie chciał powiedzieć, jak udało mu się dotrzeć za ocean, a my nie naciskaliśmy.
Pewnego dnia John przysiadł się do mnie, gdy akurat piłem kawę.
– Mogę?
– Pewnie. Cieszę się, że wreszcie będziemy mogli porozmawiać. - Uśmiechnąłem się. Miał matowe oczy osoby, która widziała i przeżyła straszne rzeczy.
– Muszę z kimś pogadać, bo chyba zwariuję.
– Mam nadzieję, że jakoś będę mógł ci pomóc. Jestem Raven.
– John. Ale to pewnie już wiesz. - Zamilkł i wpatrzył się w stół, jakby liczył sęki na blacie. - Byłem tam, gdy pojawili się prawdziwi Boży bojownicy, wywołani ostatnią trąbą. Wyszli z wody. Rzeka się wzburzyła i wypluła z siebie tę cholerną kawalerię. W życiu nie widziałem czegoś takiego. To bez wątpienia były anioły; miały wielkie, białe skrzydła, wysokie hełmy i czerwone płaszcze, spływające na złote zbroje. Ich pancerz był dziwny; wyglądał, jakby w stali zaklęte były płomienie. A może to tylko błyskało słońce?
Wpadli pomiędzy ludzi, tnąc na lewo i prawo. Nasi szybko połapali za giwery i zaczęli pruć do przeciwników. Kilku padło od razu, spadając z siodeł. Konie, jeżeli o tamtych bydlętach mogę powiedzieć, że były końmi, wściekły się, gdy zabili ich panów. Nie rżały – wydawały z siebie okropny ryk. Potrząsały lwimi grzywami, przy każdym parsknięciu z chrap wydobywał się gryzący, cuchnący siarką dym. Zupełnie, jakby nie były anielskimi wierzchowcami a bestiami rodem z piekła. Nic z tego nie rozumiałem, cała ta rzeź niewiele miała wspólnego ze znanym mi wizerunkiem Boga i aniołów. Stałem jak kretyn, z jednej strony chcąc pomóc tym ludziom, z drugiej nie ośmielając się podnieść ręki na wysłanników Pana. Nic, RYKWA, nic nie mogłem zrobić, rozumiesz to? - Ukrył twarz w dłoniach. Na jego przegubie świeciła ryba.
– Wszystko zostało zapowiedziane – powiedziałem po chwili.
– Pierdolę przepowiednie! Tam zginęli dobrzy, niewinni ludzie! Czym mogli się narazić Bogu?! Zamordował ich, Raven, zamordował z zimną krwią! W imię czego? Na pewno nie odkupienia!
– Nie bluźnij. Jesteś jednym z żołnierzy Pana, nie wolno ci wątpić. - Spojrzał mi w oczy ze stalową determinacją. Wstał bez słowa i wyszedł. Widać nie znalazł u mnie tego, czego szukał.

Na świat spadła globalna wojna. Anioły szły ze wschodu, mordując na swojej drodze wszystkich, którzy nie mieli znamienia. To był czas zwątpienia nawet dla nas. W telewizji widziałem karne wojska, czołgi i samoloty bojowe. Wszystkie kraje zjednoczyły się w walce ze wspólnym wrogiem. Przeraziłem się, gdy anioły zaczynały przegrywać; coś poszło nie tak.
– Przyszedł czas trudny dla nas wszystkich. Czas, w którym musimy się zjednoczyć. Bez tego zginiemy. Żaden naukowiec już mnie nie przekona, że Boga nie ma. Żaden ksiądz nie wmówi mi, że Bóg jest miłosierny. - Młody, przystojny mężczyzna grzmiał z ekranu telewizora. Zaczesał dłonią czarne włosy, sięgające ramion. Wpatrzył się wprost w kamerę. Trzeba przyznać, że miał hipnotyzujący wzrok, jak wąż. - Wyślemy przeciw Niemu wszystko, co będziemy mogli, aż wreszcie zmusimy Go do uznania naszej suwerenności! - Publiczność wstała, bijąc brawo. Nie mogłem tego słuchać. Wiedziałem, że mam przed sobą zapowiedzianego Fałszywego Proroka, czułem to całą duszą. Fałsz sączył się z odbiornika jak trucizna z kłów żmii. Ale jednak patrzyłem dalej.
– Dzisiejszy dzień jest dniem wielkim – perorował. Wielki, złoty sztandar, na którym wyhaftowany był czerwony, siedmiogłowy smok – symbol zjednoczonych w walce siedmiu kontynentów – powiewał za jego plecami na wietrze
– Podpisana karta porozumienia militarnego i gospodarczego jest prawdziwą rewolucją polityki ogólnoświatowej. Po raz pierwszy od początku istnienia wszystkie kraje przystąpiły do porozumienia, deklarując oddanie sprawie, jaką jest powstrzymanie Boga przed eksterminacją ludzi. I nic nam nie przeszkodzi, choćby miał wysłać przeciw nam wszystkie zastępy anielskie! - To były odważne słowa, choć głupie.
Lucjan Ferris, Przewodniczący Rady Światowej opuścił podium wśród wrzawy wiwatów i szumu oklasków. Zaraz potem wyemitowano transmisję z frontu, gdzie bombowce ostrzeliwały – dość skutecznie, trzeba przyznać – anielską konnicę. Wielu spośród niebiańskich żołnierzy poległo, lecz nic nie mogło złamać ich morale. Rzucali się na czołgi, a gdy nie mogli przebić ich mieczami, wierzchowce ziały ogniem i siarką, rozpuszczając metal i zamieniając machiny, wraz z siedzącymi wewnątrz ludźmi, w bulgoczącą maź. Nagle światło zgasło. Wyjrzałem przez okno; na całej ulicy nie było prądu. W oddali, bardzo, bardzo daleko, zobaczyłem atomowego grzyba.
"Boże, miej mnie w swojej opiece" – pomyślałem.


1010 lat po przejęciu panowania nad światem przez Bestię.

Z klubu wyszedłem dobrze po północy. Tuż obok, uczepiona mojego ramienia, szła jakaś naćpana dziewczyna. Nie pamiętałem nawet jej imienia. I tak nie miało większego znaczenia. Chyba była ładna, nie wiem, byłem tak pijany, że nawet szczerbata kobyła wydawałaby mi się miss świata. Toczyliśmy się powoli, od krawężnika do krawężnika, wprost do mojego domu. Droga nie była daleka, ale zajęła nam sporo czasu. Chwiejnym krokiem pokonaliśmy skrzypiące schody. Oparłem dziewczynę o ścianę, żeby nie spieprzyła się z powrotem na parter i zacząłem szukać kluczy w kieszeni skórzanej kurtki. W końcu znalazłem. Zamek stawiał większy opór, niż laseczka, którą ze sobą przyprowadziłem; jeszcze w progu zaczęła dobierać mi się do rozporka. Ostudziłem jej zapał uderzeniem otwartej dłoni w policzek. Niechcący rozciąłem dziewczynie wargę, przewróciła się, ale chyba lubiła ten sport, bo zachichotała i oblizała lubieżnie usta, patrząc mi zadziornie w oczy. Uśmiechnąłem się, szczerząc zęby, schyliłem się do niej, złapałem za włosy i mocno pocałowałem. Uczepiła się mojej szyi. Wziąłem ją na ręce, niby z czułością, a potem rzuciłem bezceremonialnie na łóżko. Zaśmiała się głośno i pogroziła mi zabawnie palcem. "Oj, kotku, zaraz ja pogrożę ci swoim" – pomyślałem i rozerwałem różową bluzeczkę, uwalniając drobne, jędrne piersi. Przygryzła paznokieć i zaczęła wodzić dłonią po sutkach, aż te stały się przyjemnie twarde. Szybko zrzuciłem kurtkę i bluzę. Utknąłem przy klamrze od paska. RYKWA! Trzeba było pozwolić jej uporać się z tym cholerstwem. A ona nadal drażniła mnie, pieszcząc się coraz śmielej. Przejechała ręką w dół, pod spódniczkę. Po chwili zsunęła czarne, koronkowe majtki, jednak plisowana szmatka nadal zasłaniała zgrabny tyłek. Przyklęknęła i drobnymi paluszkami pomogła mi oswobodzić się z jeansów.
Ranek przywitał nie bólem głowy. Sięgnąłem po komórkę, ale natrafiłem na pustkę. Z ociąganiem otwarłem oczy i rozejrzałem się po mieszkaniu. Laptop, play station, wszystko, co niewielkie a wartościowe – zniknęły.
– Co za głupia muszelka! - krzyknąłem, zrywając się z łóżka. Sam byłem sobie winien, przecież doskonale wiedziałem, że nikomu nie należy ufać, zwłaszcza nowo poznanym osobom. Ale wczoraj byłem zbyt pijany, by myśleć racjonalnie. Złamałem swoją najważniejszą zasadę: nie wpuszczaj nikogo do domu. I teraz będę musiał za to zapłacić. Szczęście, że zostawiła mi chociaż skórę. Ubrałem się szybko i sięgnąłem do kieszeni, w poszukiwaniu telefonu. Już wiecie? Zniknął. Kac przeszedł w stan uśpienia, wyparty nową dawką adrenaliny. Chciałem zapalić papierosa, ale wszystkie fajki też ulotniły się jak kamfora.
– RYKWA! - wrzasnąłem, wywracając stolik. Spojrzałem we wściekle zielone oczy Przewodniczącego Rady Światowej, którego portret powiesiłem sobie dawno temu na ścianie. Naprawdę lubiłem tego gościa; spryciarze, tacy jak ja, żyli całkiem przyzwoicie, nieudacznicy mieli to, na co zasłużyli - nic. Można było się świetnie zabawić. Aż nie chce mi się wierzyć, że kiedyś ludzie musieli ukrywać się z prochami czy innymi przyjemnościami. Praktycznie co noc miałem inną dziewczynę albo kilka. Ale do tej pory żadnej nie przyprowadziłem do siebie. Hotel, szybki numerek i do domu. Ewentualnie miły wieczór u niej, przyjemne śniadanko, buzi buzi, tak, kotku, jesteś cudowna, na pewno zadzwonię, a potem długa.
Co jak co, ale byłem wyjątkowo przywiązany do swoich rzeczy. Pozostało mi mieć nadzieję, że ta tępa szmata gdzieś opchnęła towar. Poszedłem więc do Roberta, skurwiałego pasera, który handlował wszystkim. W podziemiu mówiło się, że sprzedał własną matkę na organy którejś z Korporacji. O dziwo, nie był zrzeszony z żadną mafią a jednak utrzymywał się w branży, mało tego, handlował przynajmniej z trzema rodzinami, kręcącymi swoje lody w Republice. I to największymi. Dawało mu to bezpieczeństwo i bezpośredni dostęp do kilku Korporacji, w których spore wpływy – zarówno finansowe, jak i pozycyjne – mieli jego sojusznicy. Dobrze było mieć takiego przyjaciela.
Robert nie był jakimś szczylem, siedzącym w zapuszczonej kanciapie. On był biznesmenem. Od przyjmowania towarów miał swoich ludzi.
Zajrzałem do kilku klubów, w których lubił przesiadywać, aż w końcu trafiłem na niego w kasynie. Właśnie obstawiał czarną trzynastkę w ruletce. Gdy podszedłem, kulka zatrzymała się na czerwonej ósemce.
– Widzę, że jak zawsze dobrze ci idzie. - Podałem mu rękę.
– Weź spierdalaj, Michael. - Odpalił cygaro. - Pojebana gra. Czego chcesz?
– Robert, tak od razu, bez gry wstępnej? - zarechotałem i ruszyłem w kierunku baru.
– Dwie setki Single Barrela, tylko nie waż mi się tam sypać lodu – warknąłem na barmana. Wziąłem drinki i przysiadłem się do stolika Roberta. Siedział w towarzystwie dwóch uroczych kobiet, czule głaszczących jego łysinę i tłusty, świński kark. W ogóle przypominał tucznego knura, ale nie znałem nikogo na tyle odważnego albo pojebanego, żeby mu to powiedział w twarz. Poprawka: Robert siedział w towarzystwie trzech kobiet, ale jedna miała miejscówkę pod stołem, pomiędzy jego nogami. Zauważyłem ją dopiero, gdy trafiłem butem w jej plecy.
– Czy ona może przestać, gdy chcę z tobą pogadać o ważnych rzeczach?
– Słyszałyście? - wrzasnął na dziewczyny. - Wypierdalać! - Kurewki pospiesznie oddaliły się. Odprowadziłem je wzrokiem, bo naprawdę było na co popatrzeć.
– Mów, o co chodzi? - Przepłukał usta piekącym płynem i uśmiechnął się do mnie.
– Ktoś mnie ojebał.
– Żaden z moich.
– Wiem. Poznałem wczoraj jakąś laskę, no wiesz, poszliśmy do mnie... - Robert zaczął się panicznie śmiać, poklepując kolano, Aż się posmarkał.
– Ty kretynie! Ciesz się, że nie zarżnęła. Co ci dmuchnęła?
– Plejkę, lapka, zegarek, trochę szmalu i wisiorek po babci. To ostatnie mogę olać. Słuchaj, jakby coś pchnęła któremuś z twoich chłopców, to daj znać... - powiedziałem i pacnąłem się ręką w czoło. - RYKWA, telefonu też nie mam.
– Jakieś znaki szczególne? Wiesz, raczej nie przyjdzie i nie powie: „rypnęłam te fanty takiemu jednemu frajerowi, Michaelowi, ile mi za to dacie?”
– Niższa ode mnie, jakieś metr sześćdziesiąt wzrostu, małe cycki, ładna buźka, ciemne włosy...
– No to opisałeś jedną czwartą dziewczyn...
– Miała czarny tatuaż na przegubie, jakąś rybę, czy innego kolargola. - Uśmiechnął się.
– Czekaj, czekaj, wujek Robert zaraz się wszystkiego dowie. - Wstał, poprawił spodnie, zapiął pasek, odznaczający się na jego brzuszysku jak równik na globusie i wyszedł. Zostałem sam z rudą whiskey.

Jenny właśnie wyszła z ciemnej uliczki, wepchnęła wypchaną pieniędzmi rękę do kieszeni płaszcza, pochyliła głowę i ruszyła szybkim krokiem do domu. Lepiej nikomu nie patrzeć w oczy, lepiej nie prowokować...
Weszła do niewielkiego mieszkanka i zamknęła dokładnie drzwi. Nigdy nie wiadomo, kto może pałętać się po klatce schodowej. Jej brat spojrzał na nią ze zdjęcia karcąco i z dezaprobatą.
– Wiem, Jacob, że nie powinnam. Ale takie są czasy, braciszku. Odkąd ciebie nie ma, wszystko jest trudniejsze. Niestety, nie mam tyle siły co ty, aby przeżyć, trzeba się dostosować. - Uśmiechnęła się przepraszająco i wzięła ramkę w ręce, głaszcząc palcem policzek Jacoba. Odstawiła pamiątkę i jej wzrok padł na sczerniałe znamię na ręce. Kiedyś dodawał otuchy, teraz, gdy upadła wraz ze staczającym się światem, zgasł, odbierając szanse na raj.

– Ha, chłopcze, wisisz mi zajebistą przysługę! Mam twój telefon. Była dzisiaj rano u jednego z moich ludzi. Kazałem chłopakom ją namierzyć. - Klepnął mnie w ramię, prawie wgniatając w sofę.
– Stary, jesteś nieoceniony.
Jakieś trzy godziny później Robert odebrał telefon i zamienił z kimś kilka krótkich, zdawkowych zdań.
- Mamy ją. – Uśmiechnął się paskudnie.
Wyszliśmy z klubu i wsiedliśmy do mobila Roberta. Autko gładko uniosło się nad ziemię i pomknęło pod wpisany adres. Po kilku chwilach już cieszyłem się swoim telefonem, zabranym z jednej z dziupli mojego wybawcy. A zaraz potem zatrzymaliśmy się przed obdrapaną kamienicą.
– Pierwsze piętro, numer 19 – powiedział Robert. Wysiadłem z auta i z mordem w oczach wszedłem do budynku. Mknąłem po schodach jak szalony. Drzwi numer 19 szybko stanęły otworem, po solidnym kopniaku. Mała kurewka, którą spotkałem wczoraj, wrzasnęła i rzuciła się do komody, pewnie jak każdy żywy obywatel, właśnie tam trzymała broń. Złapałem ją za włosy i cisnąłem o ścianę.
– Ty tępa pizdo! - Kopnąłem ją w brzuch. - Myślałaś, że możesz mnie wychujać? - Darłem się, cały czas okładając dziewczynę, na przemian butami i pięściami. - Myślałaś, głupia kurwo, że cię nie znajdę? - W końcu zmęczyłem się i na chwilę odpuściłem. Z naprzeciwka przez otwarte drzwi przyglądała nam się jakaś babcia.
– Czego się gapisz? - wydarłem się na nią. - Wypierdalaj! - Staruszka posłusznie wróciła do swojego mieszkania i przekręciła klucz w zamku. Rozejrzałem się po pokoju; natrafiłem na zdjęcie człowieka, którego kiedyś znałem.

To było dziesięć lat temu, byłem wtedy dwudziestoletnim gówniarzem, który myślał, że jest sprytny. Czas pokazał, że się nie myliłem, ale mniejsza o większość. Poznałem Jacoba na jakiejś wspólnej imprezie. Był kurewskim dziwakiem; nie brał, nie palił, od alkoholu i panienek stronił. Później dopiero dowiedziałem się, że był w sekcie tych pojebów, którzy wierzyli, że niebawem ich Bóg ma wrócić na ziemię i spuścić kolega zło jakiejś Bestii i jej sługusom. Ja jakoś nigdy nie spotkałem żadnego bydlęcia; oczywiście wiedziałem, że kiedyś na ziemi żyły zwierzęta, widziałem nawet kilka na obrazkach. Bez problemu potrafiłem rozpoznać psa, kota czy konia. Podobno ludzie kiedyś jedli ich mięso, ale nie rozumiem, w czym miało być lepsze od naszych syntetycznych, doskonale zbilansowanych puszek, tworzonych przez jedną z Korporacji.
No więc "rybacy" – jak ich nazywano – wyczekiwali na jakiś anielski orszak z wielkim motherfuckerem na czele. O dziwo, doczekali się. Zaciągnąłem się do Armii Przewodniczącego Rady Światowej. Korporacje dostarczyły nam broń, podobno specjalnie szykowaną na tę okazję. Czyli te skurwysyny na górze doskonale wiedziały, co się święci. Jacob, jak się okazało, razem z resztą "rybaków" stanął po stronie „aniołów”.
To była gruba impreza, flaki latały na lewo i prawo, bo te pojeby nie używały cywilizowanej broni plazmowej, tylko mieczy. Ale za to umierali, jak Bóg przykazał.
Największym plusem całej tej zadymy były darmowe dragi. Do końca nie jestem przekonany, czy to faktycznie były anioły, czy mityczni Chińczycy, którymi kiedyś nas straszono, wypełzli ze swoich bunkrów, ukrytych gdzieś na oderwanym kawałku Azji. Z resztą, nie ważne z czym walczyliśmy, odlot był niezły. Nie wiem, co za gówno nam dali, ale było zajebiste.
W pewnym momencie zobaczyłem jakiegoś gigantycznego skurwiela z siedmioma parami pierzastych skrzydeł, który rezał lepiej, niż największy skurczybyk z tej nowej gry. Jednym cięciem posyłał kilkunastu naszych do piachu. Lądował pomiędzy ludźmi, kosił mieczem, a resztę zamiatał skrzydłami, wszystko w pięknym, płynnym piruecie. Wzbił się w niebo i wtedy spomiędzy chmur pierdolnęła w niego rakieta z wymalowanym na boku czerwonym, kilkugłowym smokiem, symbolem Zjednoczonej Republiki.
„Anioł” eksplodował, ochlapując nas deszczem krwi, mięsa i wnętrzności. Pozlepiane posoką pióra powoli opadały na ziemię, jakby ktoś wybebeszył wielką poduszkę. Armia wroga zatrzymała się zaskoczona, zbierając szczęki z butów.
Krzyknęliśmy radośnie i natarliśmy na kurczące się niebiańskie wojsko. Plazmowe pistolety wyrzucały z siebie fosforyzujące pociski, wypalając wielkie dziury w ciałach trafionych. Wtedy stanąłem naprzeciw Jacoba. Nie zawahałem się; nacisnąłem na spust i po chwili mogłem przez otwór w jego klatce piersiowej zobaczyć "rybaka" stojącego za nim.
Wielka, boska odsiecz, na którą czekali ci popaprańcy skończyła się po niespełna miesiącu walk. Fakt, nikt z nas dokładnie nie pamiętał z czym walczyliśmy. Każdy widział wszystko nieco inaczej, gdy rozmawialiśmy później przy piwku nasze relacje się różniły. Ale wszyscy byliśmy pewni jednego: pod sztandarem smoka byliśmy niepokonani, nie ważne, czy łomot będą chcieli spuścić nam Chińczycy, Marsjanie czy faktycznie Bóg i jego przydupasy.

Nadal trzymałem zdjęcie Jacoba w ręku i przyglądałem się spokojnym oczom. Zawsze wkurwiały mnie te jego łagodność i naiwność. Naprawdę wierzył, że ludziom należy pomagać. Życie chyba go nie nauczyło, że masz tylko to, co jesteś w stanie wyszarpać i obronić.
Wziąłem zamach i roztrzaskałem ramkę o ścianę. Dziewczyna zaczęła odzyskiwać przytomność. Złapałem ją za bluzę i pociągnąłem za sobą po schodach w dół, jak Krzyś Kubusia Puchatka. Próbowała się bronić, ale była zbyt słaba. Wpakowałem ją na tylne siedzenie, związując ręce na plecach, sam siadłem obok Roberta.
– Myślę, że wiem jak ci się odwdzięczyć – powiedziałem , zapalając papierosa. Robert uniósł brwi. - Sprzedaj ją któremuś ze swoich kolegów z Korporacji. Świeże serduszko czy nereczka na pewno szybko znajdą nowego, dzianego właściciela.
– Moja sława mnie wyprzedza – mruknął pod nosem, szczerząc się paskudnie. Odwrócił się do dziewczyny i puścił jej oczko. - Ale mam lepszy pomysł, skoro ty jej nie chcesz. - Zaciągnął się dymem, rozkoszując się przerażeniem dziewczyny, którą obserwował w lusterku – W burdelu lepiej na siebie zarobi.
– Mój Boże – szepnęła przerażona. Na jej nadgarstku prze króciutką chwilę zalśniła błękitna ryba, lecz zgasła tak szybko, jak się pojawiła. Odwróciłem się do niej i odpowiedziałem:
– Dziecino, Bóg umarł. Zajebaliśmy go!


Jedyna możliwość żonatego mężczyzny, by w domu mieć ostatnie słowo, to przyznać rację żonie

Offline

#2 2014-02-28 15:26:59

 Cobalt

Lubi mocne wejścia

Skąd: Khatovar
Zarejestrowany: 2010-12-06
Posty: 351
Punktów :   
Armia w WFB: High Elves

Re: Dwa i pół metra mułu

Ładne !
Na plus:
Czyta się gładko (czyli tak jak powinno być).

Na minus:
Nie przemawia do mnie opis szarańczy (bydlęcia wielkości kruka z metalowym odwłokiem) zabijającej się o szybę


==========================
  Achievement unlocked: Left the house
==========================

Offline

#3 2014-03-20 23:14:47

 kapadocja

Był statystą w Avatarze

24643945
Skąd: Salt Lake City
Zarejestrowany: 2009-12-26
Posty: 574
Punktów :   
Armia w WFB: Wood Elves

Re: Dwa i pół metra mułu

Jesteś pierwszą osobą, która znalała w tekście tę nielogiczność... Ja sama o tym nie pomyślałam. A szarańcza... no cóż... twór św. Jana, żywcem wyciągnięty z Apokalipsy

Cieszę się, że się podobało, i zapraszam do mrocznoelfickich klimatów we "Wszystko ma swoją cenę"


Jedyna możliwość żonatego mężczyzny, by w domu mieć ostatnie słowo, to przyznać rację żonie

Offline

Forum "Rycerze y Kupcy" (c) 2011. Wszelkie prawa zastrzeżone dla gen. Szramy. free counters Free Page Rank Tool

Stopka forum

RSS
Powered by PunBB 1.2.23
© Copyright 2002–2008 PunBB
Polityka cookies - Wersja Lo-Fi


Darmowe Forum | Ciekawe Fora | Darmowe Fora
detektywa w Pruszkowie Kantory Rzeszów kantor rzeszów