Ogłoszenie

Witamy na Forum "Rycerze y Kupcy"!

Linki:

- Regulamin Forum
- Dzielnica Mieszkalna (Przedstaw się tam koniecznie!)
---> -AKTUALNE SPOTKANIE KLUBU <---
- Administracja Forum
- Giełda Forumowa

#1 2010-10-09 18:06:41

 kapadocja

Był statystą w Avatarze

24643945
Skąd: Salt Lake City
Zarejestrowany: 2009-12-26
Posty: 574
Punktów :   
Armia w WFB: Wood Elves

taniec z diabłem w świetle księżyca

Metalowe koła pociągu zgrzytnęły o wysłużone szyny i zamarły z przeciągłym piskiem oznajmiając przybycie „przyspieszonego”, spóźnionego tylko pół godziny
z Krakowa. Dworzec był prawie pusty, jeśli nie liczyć stałych lokatorów. Aby formalności stało się zadość, znudzona spikerka o wątpliwej dykcji ogłosiła nosowym głosem przez megafon, że:
- pciąg przspszny z gruerith stoi na peronie pierwszym. – powtórzyła swoją frazę, za drugim razem równie skutecznie co za pierwszym zatajając startową stację pociągu. Skład świecił pustkami; Polskimi Kolejami Państwowymi („ważne, że jadę”)  jeździli chyba tylko desperaci i niezmotoryzowani studenci. Z ostatniego wagonu wysiadł mężczyzna wysoki, postawny,
o nienagannej sylwetce ćwiczonego „pajączkiem” dziecka. Postawił kołnierz ciemnoszarego płaszcza, nacisnął głębiej na oczy niemodny już od dobrych trzydziestu lat kapelusz i osłonił od wiatru chybotliwy płomień, który pojawił mu się pomiędzy palcami po otworzeniu benzynowej zapalniczki. Zapalił papierosa, zaciągnął się głęboko dymem
i dopiero teraz rozejrzał się po opustoszałym peronie. Jesień powoli zaczęła przegrywać bitwę z nadchodzącą zimą; póki co obie pory roku poszły na kompromis i umilały ludziom życie lodowato zimnym deszczem tak drobnym, że właściwie przybierał postać uciążliwej, przemaczającej wszystko w ciągu chwili mgły. Wiatr jeszcze raz zadął wzbijając nad ziemię foliowe reklamówki, w tym mieście nie wiedzieć czemu zwane „zrywkami”, papierowe torebki po frytkach i masę innych śmieci. Zdawał się mieć przy tym niesamowity ubaw. Zwłaszcza upodobał sobie jakąś wilgotną gazetę, którą uparcie próbował wyszarpać spod oparcia dworcowej ławki, jednak ta trzymała się mocno. W końcu skapitulowała, pozostawiając ostatnią stronę w szparze między deskami i odleciała wykonując skomplikowane piruety na tle różowawego, zasnutego kłębiastymi chmurami nieba. Mężczyzna odprowadził ją wzrokiem, wyjął z ust zwilgotniałego już papierosa i ruszył wolnym krokiem wzdłuż peronu czwartego, który wychodził bezpośrednio na dwa przystanki autobusowe, nieodnawiany od kilkunastu lat hotel oraz rząd budek z frytkami, których spożywanie było równie nieszkodliwe, jak picie paliwa lotniczego, ale tubylcy byli chyba przyzwyczajeni i mieli w sobie coś z saren (najprawdopodobniej żołądki, bo figury niekoniecznie), ponieważ pomimo późnej godziny tłoczyli się niestrudzenie przed blaszakami, z których bił smród palonych starym olejem ziemniaków. Przybysz relacji Kraków – Częstochowa minął ich obojętnie, ulica Piłsudskiego rozszerzyła się i wlała
w Aleje.
- Panie kierowniku! – przepity głos wyrwał przechodnia z zamyślenia. Odwrócił się powoli unosząc brwi. Przed nim stał człowiek w średnim wieku, o twarzy pobrużdżonej siecią zmarszczek jak egipskie pole kanałami irygacyjnymi, ogorzałej, z czerwonymi pajączkami wystających żyłek na zmarzniętych policzkach i nosie, okolonej skudloną, posiwiałą brodą, przywodzącą na myśl runo zdechłej owcy i równie wątpliwie pachnącą. Bezdomny uśmiechnął się nierównymi, spróchniałymi zębami niemalże całkowicie skrywającymi się pod pożółkłym od papierosowego dymu wąsem, zmarszczki wokół jasnoniebieskich oczu ułożyły się w całkiem sympatyczny wzór. Potarł brudną ręką zakrytą wełnianymi rękawiczkami
z poobcinanymi palcami czapkę i przyjrzał się z nadzieją żebrzącego psa zaczepionemu przez siebie człowiekowi.
- Panie kierowniku, dołożyłby pan się. – niepewnie wyciągnął otwartą dłoń w kierunku człowieka w kapeluszu. Tamten sięgnął za połę płaszcza i, co najbardziej zdziwiło bezdomnego, wyciągnął portfel.
- Do czego mam ci się dołożyć?
- Na winko brakło…
- Dlaczego kłamiesz? – bezdomny miał na twarzy wypisany wyraz bezbrzeżnego zdumienia.
- Bo jak powiem, że potrzebuję na chleb, to i tak mi nikt nie uwierzy… - szepnął zgodnie
z prawdą.
- Trzymaj – mężczyzna w prochowcu podał mu pięćdziesięciozłotowy banknot, czym osiągnął efekt absolutnego bezruchu u obdarowywanego. Niebieskie oczy miały ochotę wyskoczyć z orbit, otwarta szczęka, gdyby mogła, to roztrzaskałaby się o popękane płytki chodnika. Ręka postanowiła chwilowo przejąć dowodzenie nad operacją „zdobywamy kasę”
i sięgnęła wolno, jak po jadowitego pająka, w stronę niebieskiego papierka. Kazimierz Wielki jeszcze chyba nigdy nie cieszył się takim zainteresowaniem, jak teraz. Gdy bezdomny był już w stanie oderwać wilgotne oczy od oblicza ostatniego z Piastów i chciał drżącym
z niedowierzania głosem podziękować swemu darczyńcy okazało się, że przed nim nie ma już nikogo. Rozejrzał się w obie strony, ale nigdzie nie dostrzegł wysokiego jegomościa
w szarym płaszczu i niemodnym kapeluszu. Tylko wiatr urządzał sobie wyścigi śmieci na mokrym chodniku.

Aleje zmieniły się, odkąd był tu po raz ostatni. Odkąd widział ją ostatni raz… Odkąd nie miał już poczuć pięknego zapachu jej włosów… Odkąd nie miał już ujrzeć jej pięknych, błękitnych oczu okolonych gęstą firaną czarnych rzęs… Odkąd nie miał już usłyszeć jej perlistego śmiechu… Odkąd go zdradziła, Kunegunda… Odkąd zginął. Tak, to było dokładnie
w tym miejscu. Spojrzał w górę na odrestaurowaną kamienicę, oświetlaną różnobarwnie przez migające światełka telebimu umieszczonego po przeciwnej stronie ulicy na szarym budynku kina. Przejechał nocny tramwaj, potocznie tutaj, jak usłyszał u stojących na przystanku podchmielonych młodzianów, zwany „darmówką”.
- Czemu darmówka? – zdziwił się i postanowił rozwikłać tę nie wartą zachodu zagadkę
- Bo niby jakiś pies, ochroniarz znaczy się jest w środku, ale płacić nie trzeba
- To w tym mieście nie ma biletów nocnych?
- Pewno, że są, ale odkąd te gnoje z mpk stwierdziły, że miesięczny nie obejmuje nocy, to wszyscy leją na nich ciepłym moczem i mają gdzieś ich cenniki. A kanary nie pojawiają się
w środku nocy, śpią ptaszki, he he, w swoich klatkach – wyjaśnił nieco bełkotliwie jeden
z młodych ludzi wyglądający jak żywa antyreklama kawy i mmo rpg.
Tramwaj, bardziej przypominający przedłużenie imprezy niż środek lokomocji, zatrzasnął
z chrzęstem drzwi wagonu i odjechał na Północ. Seweryn powrócił do podziwiania kamienicy. Przymknął oczy i ponownie w swojej pamięci odtworzył przebieg wydarzeń
z listopada 1952 roku. Szedł tędy z nią, wracali z teatru, rozmawiali o sztuce. Ulice powoli zamierały, było zbyt późno, ale on nie musiał się przejmować takimi błahostkami. Objął Marię w pasie i uśmiechnął się do niej. Wtem jadący od strony kościoła św. Zygmunta samochód zahamował z piskiem opon. Maria wyrwała się z jego uścisku, padła nisko na ziemię, z okna auta wychylił się młody człowiek z pistoletem w dłoni, wycelował w pierś Seweryna, nacisnął dwukrotnie spust. W tym czasie Maria podbiegła do samochodu, otworzyła tylne drzwiczki i wsiadła szparko do środka z wyrazem ulgi malującym się na twarzy. Rzuciła Sewerynowi przepraszające spojrzenie oczami wilgotnymi od łez. Seweryn
z niedowierzaniem spojrzał na odjeżdżający pojazd, na upiornie bladą w ciemności wnętrza auta twarz kobiety, którą przecież kochał, potem przeniósł wzrok na rozlewający się na jego piersi szkarłat, szybko przesączający się przez koszulę, marynarkę i płaszcz. Powoli dotknął ranę dłonią. Właściwie to nawet nie bolało. Od czerwieni rozlewało się przeraźliwe zimno obejmujące powoli i nieubłaganie całe ciało. Padł na kolana z takim samym wyrazem niezmierzonego zdumienia, jakie malowało się na jego obliczu w chwili pierwszego wystrzału. Każdy oddech sprawiał, że setki igieł przebijały płuca. Chodnik zbliżył się niebezpiecznie szybko w kierunku jego twarzy. Był tak samo zimny jak jego przestające bić serce. Gdzieś w oddali, bardzo daleko, usłyszał stukot ciężkich butów. Ktoś pochylił się nad nim. Niski głos, dochodzący jakby z drugiej strony dźwięku szepnął z nutą uśmiechu:
- Zatańczysz, bracie… Czy odważysz się zatańczyć z diabłem w świetle księżyca? – Seweryn ostatkiem sił uniósł opadającą głowę i wzniósł oczy ku górze. Mężczyźnie w czarnym, przypominającym SSmański, płaszczu za odpowiedź musiało wystarczyć ciche rzężenie dobywające się z gardła umierającego, które pozostawiło krwawą pianę na jego spierzchniętych wargach.

Seweryn potrząsnął głową, otrząsając się z morderczych wspomnień. Odwrócił się równo, w wojskowy sposób, regulaminowo przez lewe ramię i ruszył powolnym krokiem
w stronę płonącego krzyża Wieży Jasnogórskiej. Kasztanowce, które tak dobrze pamiętał gdzieś zniknęły. Zastępowały je małe drzewka o okrągłych koronach, otoczone drewnianymi podpórkami. Szedł wolno, delektując się słodkawym zapachem nocy. Księżyc Łowców prześwitywał blado przez gęste chmury, pokazując od czasu do czasu bladą tarczę. Deszcz widać znudził się bezpłciowym mżeniem i zaczął padać uczciwymi kroplami, jak na prawdziwy deszcz przystało. Lodowate strugi wlewały się Sewerynowi za kołnierz, ale
w żaden sposób nic i nikt nie mogło go zmusić do zmiany tempa wędrówki. Wiele się zmieniło, szedł więc rozglądając się uważnie rejestrując wszystkie napotkane różnice. To już nie była piętrowa wieś. Teraz była to dwupiętrowa wieś z użytkowym poddaszem i całkiem ładnym tarasem. Minął Plac Biegańskiego, rzucił okiem w stronę niegdysiejszej cerkwi, ale jego uwagę tak naprawdę przykuł ratusz. Za czasów jego życia ratusz zdecydowanie bardziej przypominał ratusz. Był to niewątpliwie ten sam budynek, choć pomalowany w odcieniu różu i ukoronowany kopułą wyglądał nomen omen jak latarnia morska. Seweryn uśmiechnął się pod nosem. No tak, częstochowianie na pewno są bardzo przewidujący… Nasłuchali się
o globalnym ociepleniu, poczytali co się stanie, gdy już roztopią się lodowce i gdzie będzie linia Bałtyku no i zbudowali sobie stosowny budynek. W sumie całkiem rozsądnie; gdy już naprawdę będzie potrzebny nie będzie trzeba się prosić o żadne dofinansowania. Mężczyzna pokręcił głową z nieukrywanym zdumieniem dla ludzkiej pomysłowości, założył ręce na plecach i ruszył Trzecią Aleją.

Złe przeczucie to nie jest najbardziej lubiane przemyślenie intuicji. Nieprzyjemne swędzenie na karku, suchość w gardle, dreszcze na plecach, wszystko to stale towarzyszyło Sylwanowi od kilku dni. Nie mógł spać, jeść, skupić się na niczym. Słownie: horror. Szklanki leciały z rąk, rozbijając się w drobny mak, książki odkładane na półkę lądowały z hukiem na podłodze, raz nawet złamał klucze w zamku. To przepełniło czarę goryczy, wściekłości i ogólnego „mam tego dość”. Sylwan wierzył swoim przeczuciom. Zawsze, wszędzie i niezaprzeczalnie. Może to głupie, bez sensu i z Archiwum X, ale nigdy go nie zawiodły. Czekał na jakąś wskazówkę, cokolwiek, co mogłoby go naprowadzić na jakikolwiek trop, który prowadziłby do przyczyny włączenia się czerwonego alarmu w jego potylicy. Aż w końcu znalazł. Nauczony doświadczeniem amerykańskich agentów kultowego filmu kupił kilka najbardziej niepoważnych i tropiących „sensację” pozycji wczesno makulaturowych. Rzucił gazety na biurko, zapalił halogenową lampkę, puścił muzykę. Musiał myśleć szybko, więc z głośników popłynęły ostre brzmienia Sabatona stymulując go do działania utworem „40 to 1”. Upił łyk stygnącej kawy i przerzucił kilka stron szarego, brudzącego niskiej jakości drukiem palce papieru. Nic ciekawego. Kolejna afera w rządzie go nie interesowała, rozważania na temat zatrzymania pracy nad budową stadionu na Euro 2012 z powodu rzekomego lądowania UFO też niewiele go obchodziły, kolejne kwieciste rewelacje o związku Dody i Nergala w ogóle pominął pogrzebowym milczeniem. Nic. Gazeta do śmieci. Następna. Niecierpliwie przewrócił kilka stron. Jego wzrok zatrzymał się na artykule o dzielnych policjantach, którym udało się odzyskać skradzione mienie ze sklepu w


Jedyna możliwość żonatego mężczyzny, by w domu mieć ostatnie słowo, to przyznać rację żonie

Offline

#2 2010-10-09 18:08:14

 kapadocja

Był statystą w Avatarze

24643945
Skąd: Salt Lake City
Zarejestrowany: 2009-12-26
Posty: 574
Punktów :   
Armia w WFB: Wood Elves

Re: taniec z diabłem w świetle księżyca

miejscowości X. Gdy już naprawdę się zainteresował, że naszym stróżom prawa wreszcie się coś udało okazało się, że kryminalista zbrukał się kradzieżą dwóch paczek chipsów ziemniaczanych. Pokręcił głową i po raz kolejny przestał się dziwić, że jedyną służbą mundurową cieszącą się naturalnym, prawdziwym i absolutnie zasłużonym szacunkiem społeczeństwa są strażacy. Oni nie strajkowali, nigdy nie odmówili pomocy, ratowali ludziom życie i wzbudzali ogólną sympatię. Sylwan westchnął ciężko, pominął nagłówek o zabójcy, który zabił swoją matkę kiełbasą, bo ta go niedostatecznie kochała, gdy był dzieckiem. Sylwan wolał nie wiedzieć, jakim cudem facetowi się numer udał. Wszak „niewiedza to błogosławieństwo”. Czasem. Trzeci szmatławiec również nie wniósł żadnych rewelacji. Ech, żeby wszystko było takie proste, jak w filmach sensacyjnych. Wtedy wstukałby w Google pytanie, a wyszukiwarka przekierowałaby go bez problemu i zbędnych pytań do najtajniejszych archiwów policji. Szkoda, że czasami życie to nie film. Podniósł do ust prawie pusty kubek, pozostawiając na twarzy roznegliżowanej cycatej blondyny prężącej silikonowe ciało nienaturalny, brązowy uśmiech odbitego denka. I wtedy prawie się zakrztusił. Artykuł 51… Artykuł 51… Dziesięciolatka w stalinowskich obozach. Czytał gdzieś, oczywiście już po 1991 roku, że pewna ekspedientka w rosyjskim sklepie za pozostawienie podobnego okręgu, chyba z herbaty, na zdjęciu Józefa Stalina w gazecie trafiła do łagru właśnie na dziesięć lat. Wzrok Sylwana padł na niewielki artykulik opatrzony rysunkiem nietoperza w pelerynie. Częstochowa. Brutalne morderstwo. Trzech młodych ludzi nie żyje. „Wampir”, jak nazwał zabójcę wielce pomysłowy pismak, „Wampir” terroryzujący okolicę. Czwarty akurat był na siku w pobliskich krzakach i dlatego się uratował. Ponoć nawet zrobił krótki filmik telefonem komórkowym, jak wampir podnosi swoją niedoszłą ofiarę jedną ręką wysoko nad głową i rzuca nią o ścianę budynku.
- Cholerny świat – Sylwan zaklął pod nosem, zapalił papierosa i otworzył laptopa. Wstukał hasło, poczekał, aż systemowi operacyjnemu miną wszystkie humory i odpalił najbardziej prawdopodobne miejsce, w którym ów filmik mógł się znajdować. Youtube… Nie pomylił się w swoich kalkulacjach ani na jotę. Szczęście, ze po pierwsze, filmik był fatalnej jakości, ciemny, niewyraźny, z rozmytymi postaciami, wszystko można było zbić i jakoś zatuszować, w sumie wystarczy zadzwonić do Mateusza i on już się tym fantem zajmie. Po drugie, informacja została umieszczona w bardzo podłej gazecie o wiarygodności polityka, więc miał jeszcze trochę czasu, zanim na serio zajmą się tym media poważniejszego sortu. Z zamyślenia wyrwał go dźwięk telefonu
- Założę się, że dzwoni ten stary pierdziel – mruknął do siebie wyjmując papierosa z ust i strzepując popiół do srebrnej popielniczki. Zerknął na wyświetlacz. To nie była intuicja. To było doświadczenie. Faktycznie dzwonił Jeremi, Pierwszy spośród Rady Trzech Śląska. Spojrzał na zegarek. Wskazówka zbliżająca się do godziny szóstej rano nie zapowiadała dobrego humoru Jeremiego, który zwykł kłaść się wcześnie, nie tuż przed świtem, ani tym bardziej nie zwiastowała przyjacielskiej pogawędki.
- Tak?
- Możesz mi Sylwanie, mój drogi, wytłumaczyć, dlaczego po Mieście Świętej Wieży pałęta się jakiś przybłęda i urządza sobie masakrę w Parku Jasnogórskim?
- Już wiesz?
- Tak się składa, że pomimo sędziwego wieku postanowiłem jednak iść z duchem czasu i mam świadomość, czym są i jak posługiwać się takimi środkami masowego przekazu, jak na przykład gazety, telewizja czy Internet. I wyobraź sobie, nie bywam kontent, gdy dowiaduję się od moich sług, że po youtube krąży jak sęp nad naszą anonimowością filmik z udziałem oszalałego wampira bawiącego się w Terminatora! – głos Jeremiego był jak zasuszony pergamin; szeleszczący, stary i w każdej chwili mógł się rozsypać.
- Właśnie się o tym dowiedziałem…
- Wnioskuję, że zamierzasz podjąć stosowne kroki, zanim na kark nas wszystkich spadnie wścibski nos któregoś z Praetorian. Nie chcielibyśmy kłopotów, zwłaszcza teraz…
- Tak, jestem tego świadom. – Sylwan wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Będę bacznie przyglądał się twoim poczynaniom, chłopcze. – telefon zamilkł. Sylwan nienawidził szczerze Jeremiego, ale nie sposób było go nie podziwiać. Jeremi był starym wampirem, tak starym, że według Sylwana nawet konstelacje gwiazd powinny mu ustępować miejsca w autobusie, oczywiście gdyby zarówno Jeremi jak i konstelacje kiedykolwiek taką wątpliwą przygodę jak przejażdżka jakimikolwiek śląskim mpk chcieli przeżyć. Był skurczybykiem, ale sprytnym skurczybykiem, inaczej albo dawno zginąłby, albo nie zaszedłby tak wysoko. Boże, jak ja nienawidzę polityki warknął w myślach Sylwan. Nigdy nie bawiły go gierki prowadzone na Salonach. Wierzył w to, co było logiczne i oczywiste, pomimo swojej nadnaturalnej nawet jak na wampira intuicji, którą odziedziczył dzięki matce Wiedzącej. Wierzył w dobrze wymierzony cios, w poprawnie założony Splot Myśli, w celny strzał. Ale nie wierzył w ani jedno słowo, które padało w Salonie. Tam nawet komplementowanie czyjegoś krawata mogło być nawiązaniem trzech sojuszy z przedstawicielami innych Rodów i jednocześnie wypowiedzenie wojny czwartemu. To było zdecydowanie nie dla niego. Nie chcielibyśmy kłopotów, zwłaszcza teraz.
- Pewnie, że byś nie chciał. Nie teraz, gdy pretendujesz do tytułu Diuka, stryjku. – Sylwan usiadł ciężko w skórzanym fotelu, otworzył laptopa i napisał maila do swojego starego znajomego, który winien był mu niejedną przysługę. Jak to dobrze jest mieć kumpli wśród jednych z lepszych hakerów w kraju…

    W sumie to nie chciał ich zabić. Ale cóż było robić. Chciał tylko obejrzeć Park Jasnogórski. Obmywając ręce w chłodnej wodzie fontanny jeszcze zastanawiał się, czy oby na pewno nie było innego sposobu na zaradzenie tej krępującej sytuacji. Po przemyśleniu sprawy stwierdził, że nie. Leżał teraz z przymkniętymi oczami w hotelowym pokoju odtwarzając szczegół po szczególe bieg wydarzeń. Stał sobie przy muzeum, gdy podeszło do niego trzech wyrostków mocno śmierdzących wódką. Ten największy kazał mu wyskakiwać z kasy. Seweryn uśmiechnął się do niego i posłał go do diabła. Wtedy tamten nieoczekiwanie rzucił się na niego wbijając mu nóż pod żebra. Wtedy Sewerynowi puściły nerwy. Nie to, żeby poczuł się bardzo zagrożony, boleć, owszem, bolało, ale większej krzywdy nie mogło mu wyrządzić. Płaszcz, marynarka i koszula do śmieci. Seweryn nienawidził niszczenia swojej własności. Miał wręcz fioła na tym punkcie. Złapał młodziana za gardło, podniósł go nad głowę, wyrwał mu nóż i oddał cios. A potem trzeba było zlikwidować świadków, żeby nikt się za specjalnie nie przyczepił. Toteż tak uczynił. Był tego pewien. Zamknął oczy i zapadł w niespokojny sen, przetykany najróżniejszymi wspomnieniami z czasów, kiedy tango z diabłem było tylko metaforą.

    Sylwan nienawidził wcześnie wstawać prawie tak bardzo jak pić zimnej kawy. Dziś został zmuszony do jednego i drugiego. Spakował do samochodu niezbędny sprzęt, pijąc w biegu wystygłą kawę i ruszył do Częstochowy. Droga była niezła jak na polskie warunki i egzotyczna jak na warunki europejskie. Generalnie koleiny i dziury w nawierzchni przywodziły na myśl safari. Kiedyś jakiś jego kumpel z Niemiec zasugerował, całkiem trafnie z resztą, że Polacy powinni dostawać zniżki na ABS i że właściwie wozy terenowe powinny być częściowo refundowane. Minął znak informujący o czarnym punkcie. Zaraz za nim stał billboard z roznegliżowaną panią reklamującą rajstopy. Bardzo zmyślny pomysł na nabijanie „fragów”. A potem będzie, że to kierowcy są nierozważni. Sylwan włączył radio i zaraz pożałował swojej decyzji. Obok wczesnego wstawania i zimnej kawy zapomniał umieścić jeszcze porannych wiadomości. Podniecona spikerka ogólnopolskiego radia już sączyła w uszy słuchaczy jad informacji o brutalnym mordzie w częstochowskim parku. Wypowiedzi rodziców ofiar i ich kolegów wskazywały oczywiście, że byli to dobrzy i nie sprawiający absolutnie żadnych problemów wychowawczych chłopcy, którzy znaleźli się po prostu w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Według Sylwana Park Jasnogórski o trzeciej nad ranem i bez żadnych wydarzających się w nim zabójstw był miejscem zdecydowanie nieodpowiednim dla uczniów gimnazjum, ale nie był rodzicem, więc zapewne wiarygodni eksperci propagujący bezstresowe wychowanie, ergo: pozwalanie dzieciom wchodzić na głowę rodziców, zakrzyczeliby go i ukamienowali za ciemnogrodzkie podejście do tak ważnej kwestii jak absolutna i niezaprzeczalna wolność nieukształtowanej i potrzebującej wskazania kierunku młodej ludzkiej istoty. Czasami żałował, że wspaniałe czasy wieku dziewiętnastego, pomimo ich niewątpliwego trudu polityczno – narodowościowego, nie mogą powrócić. Sam wspomniał swoje dzieciństwo; matka była dlań świętością niezaprzeczalną, podziwianą zwiewną istotą, mądrą i pełną ciepła a nie „starą”, o której opowiada się żenujące dowcipy. Ojciec z kolei był wzorem do naśladowania, odpowiedzialnym i pełnym posłuchu u domowników, nie zaś zniewieściałym maminsynkiem tłumaczącym swą życiową nieporadność depresją. W ogóle wszystko wtedy wyglądało inaczej. Może i nie było Internetu, telewizji i innych ułatwiaczy, ale dzięki temu o wykształceniu można było mówić wielką literą i z respektem. Przede wszystkim miało się pewność, że po ukończeniu studiów człowiek będzie wychowany, kulturalny, oczytany, bystry i niebanalny, a nie będzie taśmowo produkowanym kretynem na zasiłku dla bezrobotnych z mgr przed nazwiskiem. Sylwan miał dopiero dwieście lat, a moralnie czuł się jak eksponat w muzeum. On, wampir, krwiopijca, morderca i krzywdziciel ludzkości miał więcej poważania do ludzkiego życia niż sami ludzie! O ironio! Westchnął ciężko. No tak… Za czasów jego młodzieńczego buntu nawet kurwy miały do siebie więcej szacunku niż obecnie chodzące po świecie młode kobiety. Rozejrzał się wokół
- Cholera. – tego nienawidził w Częstochowie najbardziej. Przejechał i nawet nie zauważył. Droga Katowice – Warszawa już nie pierwszy raz teleportowała go sprzed miasta od razu poza nie. Będzie musiał nadłożyć trochę drogi, bo oczywiście o zmianie kierunku jazdy nie pomyślano.

    Sny Seweryna były mroczne jak przedsionki piekieł. Otworzył oczy i wpatrywał się przez jakiś czas w biały sufit. Za oknem na pewno było już ciemno. Ostrożnie uchylił drzwi łazienki. Ciemno. Słońce już zaszło. Seweryn podziękował w duchu recepcjoniście za znalezienie pokoju z dużą wanną a nie kabiną prysznicową. Zwinął pościel i zaniósł ją z powrotem na łóżko. Przeciągnął się z ulgą. Bądź co bądź nocleg w wannie do najprzyjemniejszych nie należy, ale lepsze to, niż pieszczotliwe jak objęcia meduzy i jak one równie bezpieczne promienie słońca. Szybko wziął prysznic, uszykował sobie nową koszulę, odczyścił spodnie i wypastował i tak świecące jak neony Hollywoodu buty. Palto na szczęście miał jeszcze jedno. Ubrał się starannie, nasunął na głowę kapelusz i wyszedł z pokoju zapalając papierosa. Zamknął drzwi na klucz, ruszył wolnym krokiem w kierunku schodów. Recepcjonistka stojąca za kontuarem uśmiechnęła się do niego zawodowym uśmiechem i powitała go grzecznym dzień dobry. Odpowiedział jej uchyleniem kapelusza, wyszedł przez oszklone drzwi. Hotelu prosto na ulicę Piłsudskiego.
- dzień dobry, panie kierowniku – za Sewerynem rozległ się znajomy głos. Mężczyzna w kapeluszu odwrócił się i uśmiechnął do bezdomnego
- Witaj, Kazik. Dołożyć ci się pewnie?
- E, nie, panie kierowniku. Ja może i jestem bezdomny, ale nie jestem sępem. Mam jeszcze trochę grosza. Ale jakby pan mógł papieroskiem poczęstować – kiwnął głową jak Rzędzian tłumaczący, „że się na tym zna” i spojrzał Sewerynowi w oczy.
- Trzymaj – wampir wyciągnął w jego stronę paczkę czerwonych Marlboro. Bezdomny wyciągnął papierosa i kiwnął głową w podzięce. Seweryn przewrócił oczami.


Jedyna możliwość żonatego mężczyzny, by w domu mieć ostatnie słowo, to przyznać rację żonie

Offline

#3 2010-10-09 18:09:49

 kapadocja

Był statystą w Avatarze

24643945
Skąd: Salt Lake City
Zarejestrowany: 2009-12-26
Posty: 574
Punktów :   
Armia w WFB: Wood Elves

Re: taniec z diabłem w świetle księżyca

- Powiedziałem trzymaj – potrząsnął paczką. Kazik nieco zdziwiony wziął pudełko do ręki.
- Jadłeś już obiad?
- Fryteczki, panie kierowniku. I hot doga maxa w tej knajpie koło PKSu. Mówię panu, taaaka buła i nawet dwie parówki w środku za niecałego piątala – oczy bezdomnego świeciły radością.
- Jestem nietutejszy, pokażesz mi gdzie to jest?
- A pewno, panie kierowniku.  – ruszyli równym krokiem w stronę dworca PKP. Weszli na peron czwarty, potem schodami na górę. Minęli kilka dworcowych sklepików i szklane drzwi rozsunęły się przed nimi uderzając w nich podmuchem gorącego powietrza. Weszli do hallu głównego. Po lewej stronie mieli kiosk i kasy biletowe, po prawej niedziałające drzwi i rozkład jazdy. Seweryn podszedł do ruchomych schodów i bez zaskoczenia stwierdził, że nie działają. Kazik podążył wzrokiem za jego spojrzeniem; uśmiechnął się pod żółtym wąsem.
- Ano, panie kierowniku, włączają je tylko w lipcu i w sierpniu – zauważył wyraz niezrozumienia na twarzy Seweryna
- Bo w lipcu i w sierpniu pielgrzymi przyjeżdżają, to i wrażenie trza zrobić, nie? A tak jest taniej, za prąd mniej płacić trzeba no i w ogóle jak nie chodzą, to i mniej się psują, nie?
- Zadziwiające… - Seweryn pokręcił z niedowierzaniem głową i ruszył w dół kamiennymi schodami imitującymi różowy marmur. Automatyczne drzwi nie rozsunęły się przed nimi. Maleńka karteczka niedbale przyklejona do szyby informowała, że trwa awaria i wychodzić trzeba drzwiami obok. Plac Rady Europy powitał Seweryna dźwiękami przywodzącymi na myśl niemieckie karaoke. Wampir rozejrzał się w poszukiwaniu źródła hałasu i zobaczył niewielki lokal zdobiony biało – niebieskimi rombami, z którego dochodziły upiorne dźwięki.
- Zbudowali tu to to i myślą, że my Szwabskie piwo pić będziemy – Kazik splunął na bruk. Niemiecka knajpka jodłowała w najlepsze. Seweryn obrzucił wzrokiem cały plac. Przekrzywił głowę spoglądając na fontannę próbując wyobrazić sobie, co może przedstawiać. Co artysta miał na myśli umieszczając tutaj walcowaty, zwężający się ku górze kształt kierujący się w stronę nieba. W jego głowie pojawiła się dość nieprzyzwoita myśl dotycząca natury pomnika, gdy z pomocą przyszedł Kazik rozwiewając wszelkie wątpliwości
- To jest zegar słoneczny, panie kierowniku
- W życiu bym na to nie wpadł.
- Ja też nie, ale kiedyś Zenek potknął się o te rzymskie cyferki, co to je w chodnik wmurowali. Wtedy żeśmy dopiero pokapowali co to. – Skierowali się za ceglany budynek, mijając po drodze komisariat, oddział jakiegoś banku i urząd pocztowy. Przed nimi stało zaparkowanych kilkanaście mercedesów i jelczy, oczywiście należących do PKS. Przecisnęli się wąskim, spękanym chodnikiem obok przystanku i ich oczom ukazał się fikuśny budynek z dachem z żółtej blachy falistej.
- To tu – Kazik wskazał na małą dworcową knajpkę niedaleko wyznaczonego dla palaczy miejsca. Weszli do środka. Seweryn rozejrzał się. Bar był całkiem przyjemny, siedziało w nim kilku podróżnych jedząc różne Fast foody. Sam podszedł do lady i zamówił dwa razy hot doga maxa, tak zachwalanego przez Kazika, dwa razy frytki i dwa razy colę. Usiedli przy stoliku obok okna, po chwili młoda dziewczyna za barem krzyknęła, że gotowe, więc odebrali zamówienie i zajęli ponownie swoje miejsca. Kazik zdawał się nie wierzyć własnemu szczęściu. Gdy zaspokoił już pierwszy głód Seweryn zapytał go:
- Długo tu mieszkasz?
- W mieście, czy na dworcu?
- W mieście
- Od urodzenia.
- Słuchaj, może będziesz mógł mi pomóc. Widzisz, tak, jak ci już mówiłem nie jestem stąd. Szukam pewnego człowieka, ale on już nie mieszka tam, gdzie mieszkał kiedyś, gdy jeszcze się widywaliśmy. Widzisz, to jest brat mojej nieżyjącej już matki, od kumpeli, która pracowała w tutejszym szpitalu dowiedziałem się, że jest ciężko chory. Normalnie spytałbym ją, gdzie teraz wujek Jurek mieszka, ale wyjechała do pracy  do Niemiec i nie mam z nią żadnego kontaktu. Z wujkiem nie widziałem się od dobrych kilku lat, zawsze to był chłop na schwał, nie myślałem, że cokolwiek sprowadzi go do parteru. Widzisz, wróciłem jakiś czas temu z Anglii, przywiozłem trochę grosza, chciałbym jakoś wujkowi pomóc, nie wiem, może jest jeszcze jakaś szansa dla niego, jakiś zabieg czy inne cholerstwo. Sfinansowałbym mu to. Jest ostatnim członkiem rodziny, jakiego mam. Został mi on i moja siostra cioteczna, a jego córka. Słuchaj, tak sobie pomyślałem, że może ją znasz, w końcu Częstochowa to nie nowy York, nie żyje tu nie wiadomo ilu ludzi, no nie? – Kazik przypatrywał mu się uważnie.
- A ile jego córka ma lat?
- W tym roku w czerwcu skończyła czterdzieści osiem.
- Cholerka, to my z tego samego rocznika jesteśmy! A gdzie chodziła do szkoły?
- Do „siódemki”
- Ja też! Panie kierowniku, pan za to złote gołębie serce to ma życiowego farta. Ma pan jakieś jej zdjęcie, jak się nazywa?
- Nazywa się Iwona Siedlecka – Seweryn wyciągnął w jego stronę zdjęcie zadbanej kobiety o farbowanych na blond włosach.
- Pewno, że ją znam! Nie chodziliśmy razem do klasy, ale się znamy. Kiedyś mieszkała na Rakowie, potem przeprowadziła się na Parkitkę. W sumie zanim wylądowałem na dworcu, to spotkaliśmy się… Był wielki zjazd absolwentów, panie kierowniku. No i trafiliśmy tam na siebie. Ona gdzieś w banku pracuje, o ile się nie mylę. Rozwiodła się. Parę razy się u niej spotkaliśmy… Zaraz zaraz, jak się ta ulica nazywała… Łódzka! Tak. Mieszka w domku jednorodzinnym na Łódzkiej 152. Przynajmniej parę lat temu mieszkała – Seweryn uśmiechnął się szeroko. Kazik może się mylił co do szlachetności jego serca, ale z fartem trafił w samo sedno.
- Kaziu, jestem twoim dłużnikiem – aż uścisnął bezdomnego.
- Trzymaj, to za fatygę – wcisnął mu w rękę stuzłotowy banknot – a teraz przepraszam cię, może jeszcze nie jest za późno. – Kazik po raz kolejny został zaskoczony przez nieznajomego. Może dlatego jego świadomość zupełnie zignorowała małą nieścisłość, że przecież mu się nie przedstawiał…

    Seweryn jak na skrzydłach pognał w stronę najbliższego postoju taksówek. Wcześniej sprawdził na planie miasta, gdzie poszukiwana przez niego ulica się znajduje. Gdy znalazł już odpowiednio neutralne miejsce do wysiadki otworzył drzwi srebrnego Mercedesa. Podał kierowcy hasło „Hala Polonia”, miejsce według niego idealne do opuszczenia taksówki; było blisko centrum, obfitowało w różnego rodzaju kluby no i najważniejsze, znajdowało się niedaleko punktu docelowego jednocześnie zapewniając Sewerynowi całkowitą dyskrecję i anonimowość. Zagłębił się w swoich, z jego punktu widzenia, optymistycznych myślach. Mam cię stary skurwielu. Chcieliście we trójkę wydymać Seweryna, teraz Seweryn wydyma was. Panie Siedlecki, pana godziny są policzone. Ale zanim ześlę na pana słodką zasłonę śmierci powie mi pan, gdzie znaleźć pozostałą dwójkę. Podróż nie trwała długo. Wysiadł na przystanku tramwajowym tuż przed dużym, niebieskim budynkiem sąsiadującym ze szklanym wieżowcem. Rozejrzał się wokół i zlokalizował kierunek, w którym powinien się udać. Zszedł schodami w dół do podziemnego przejścia upstrzonego najróżniejszymi wyznaniami miłości, złości i piłkarskiej nienawiści. Minął kilka barów, wysoki budynek opatrzony nazwą „Maluch”, z którego dobiegały dźwięki jakiejś imprezy. Zatrzymał się przypatrując się grupie młodych ludzi. Przed nim szły trzy dziewczyny i dwóch chłopaków, wszyscy weseli i zdecydowanie jak na trzeźwych ludzi za głośni. Seweryn zapalił papierosa przyglądając się opiętym, krótkim spódniczkom odsłaniającym długie nogi dziewcząt. Ech, czemu za jego życia kobiety były takie pruderyjne i pokazanie kolana uważały za wyuzdaną pornografię… zatrzasnął benzynową zapalniczkę, wyminął grupę studentów i ruszył szybszym krokiem prosto do celu. Koło dużego marketu budowlanego skręcił w niewielką ulicę i już po paru chwilach stał przed pomalowanym na słoneczną żółć piętrowym domem. Plac otoczony był drucianą siatką, za którą ujadały bez większego przekonania dwa wilczastej barwy szpice niemieckie. Ogródek był zapuszczony, dawno niekoszona trawa kładła się słomianymi falami na wilgotnej ziemi. Seweryn spojrzał psom w oczy, warknął głosem silniejszego od nich drapieżnika i zwierzęta, zgodnie z jego wcześniejszym doświadczeniem, umknęły z podkulonymi ogonami gdzieś na tyły domu. Wampir przeskoczył siatkę z gracją kota i ruszył niespiesznie w stronę drzwi. Nacisnął na klamkę. Były zamknięte. Uśmiechnął się pod nosem. Ludzie byli teraz zdecydowanie mniej ufni niż kiedyś… Obszedł dom dookoła. Tylko w oknie na piętrze migotało błękitne światło monitora. Stanął przed dużymi, szklanymi drzwiami wychodzącymi na ogród i zajrzał do środka. Pusto. Dotknął ręką szyby tuż koło klamki, skupił się, przymknął oczy. Otwieranie okien balkonowych było dużo prostsze niż męczenie się z wymyślnymi zamkami w drzwiach antywłamaniowych. Gdyby ktokolwiek poza kolekcją porcelanowych lalek siedzących na kominku widział samodzielnie poruszający się zatrzask i otwierające się bezszelestnie okno, to i tak nie uwierzyłby własnym oczom. Seweryn zamknął za sobą balkon starannie i bezgłośnie. Ruszył powoli w stronę schodów prowadzących na piętro. Wspiął się ostrożnie na stopnie i skierował swoje kroki w stronę pokoju, spod drzwi którego sączyło się bladobłękitne światło. Nacisnął cichutko na klamkę i zajrzał do środka. Tyłem do niego, przed ekranem monitora siedziała postać, której znad wysokiego, obrotowego krzesła wystawała tylko czarnowłosa głowa ze słuchawkami na uszach, które przywodziły na myśl pilota helikoptera. Młody człowiek nucił bezładnie jakiś nierozpoznawalny w jego aranżacji utwór myśląc, że przecież i tak nikt go nie słyszy. Wampir wycofał się równie bezszelestnie jak wszedł. Jego uwagę przykuły drzwi pokoju obok; były lekko uchylone, w środku było całkowicie ciemno. Jak dla człowieka. Seweryn z kolei widział doskonale. Na łóżku, które wyglądało na szpitalne i na pewno nie było dostępne w żadnym katalogu Ikei leżał stary człowiek. Więc przynajmniej nie będzie musiał szukać daleko…  Myślisz, że jak córcia się tobą, Jurku, zajęła, to jesteś bezpieczny? Jesteś w morderczym błędzie. Pchnął mocniej drzwi. Stary, zasuszony człowiek spał niespokojnie wypełniając ciszę nocy świszczącym oddechem. Leżał uniesiony do półsiadu na pachnących potem poduszkach. Seweryn zamknął za sobą drzwi, przysunął do łóżka drewniane krzesło i usiadł na nim. Pogłaskał starca po pomarszczonym jak suszona śliwka policzku. Jerzy Siedlecki otworzył oczy i spojrzał w twarz Seweryna, który właśnie zapalił nocną lampkę stojącą na niewielkim stoliku. Blade i nieco zasnute mgłą tęczówki rozszerzyły się gwałtownie ukazując przerażenie w czarnej otchłani źrenic. Wampir przyłożył palec do ust i uśmiechnął się złowrogo. Starzec i tak był sparaliżowany strachem i nie był w stanie dobyć z siebie choćby najlżejszego dźwięku, poza przyspieszonym, niezdrowym oddechem.
- A więc jednak się spotykamy… - Seweryn odłożył kapelusz na stolik, zapalił papierosa osłaniając ogień dłonią i wypuścił powoli siwy dym w stronę sufitu.
- Poznajesz mnie, prawda? – staruszek kiwnął głową.
- Nie widzieliśmy się ile to? Prawie sześćdziesiąt lat. To szmat czasu, nie uważasz? Myślę, że masz mi coś bardzo ważnego do powiedzenia, Jurku.
- Czy to już koniec?
- Jeszcze nie zdecydowałem. To będzie zależało tylko od ciebie, Jurku.
- Czy ja już umarłem i byłem na tyle złym człowiekiem, że przyszedł po mnie sam diabeł?!
- Nie. To ja już umarłem i to po mnie przyszedł diabeł. Ale po bliższym spotkaniu to całkiem miły gość, naprawdę. Jak widzisz jak na trupa mam się zaskakująco dobrze. Swoją drogą, to były dwa dobre i celne strzały. Szkoda, że złego diabli nie biorą… Teraz nie musiałbyś mnie oglądać. Ale przejdźmy do rzeczy, w końcu nie mamy wieczności. No, ty jej nie masz – zaśmiał się paskudnie wypuszczając z ust kłąb papierosowego dymu.


Jedyna możliwość żonatego mężczyzny, by w domu mieć ostatnie słowo, to przyznać rację żonie

Offline

#4 2010-10-09 18:12:50

 kapadocja

Był statystą w Avatarze

24643945
Skąd: Salt Lake City
Zarejestrowany: 2009-12-26
Posty: 574
Punktów :   
Armia w WFB: Wood Elves

Re: taniec z diabłem w świetle księżyca

Sylwan jeszcze raz obszedł miejsce, w którym jego wampir spotkał się ze swoimi ofiarami. Odgarnął butem gnijące liście. Gdzieś tu musi być coś… Jego wzrok padł na brudną od krwi chusteczkę higieniczną. Podniósł ją z ziemi. Krew niosła ze sobą mnóstwo informacji. Ostrożnie dotknął czubkiem języka brunatnego papieru. Poczuł ból, złość, zaskoczenie. Przez chwilę zobaczył twarz. Twarz mężczyzny młodego, przed trzydziestką, o gładko ogolonej twarzy i krótko przystrzyżonych, ciemnych włosach. Z pewnością krew nie należała do żadnej z ofiar; była to krew wampira. Jego wampira. Sylwan skoncentrował się na  psyche. Matka powtarzała mu, że psyche każdego jest utkane z zupełnie innych nici. Nie potrafił co prawda jak ona czytać z psyche możliwych przyszłości danej osoby, ale potrafił rozpoznać główny wzór. Szereg indywidualnych jak ludzkie linie papilarne splotów, nici i węzełków pojawił się w głowie Sylwana. Miał już jakiś ślad. Wstał i schował do kieszeni zmiętą chusteczkę. Nie mógł chodzić po mieście i po prostu przyglądać się ludziom. Trzeba było od czegoś zacząć, czegoś, co dałoby mu szansę wytropienia zbiega. Po parku kręciło się za dużo ludzi, duchowe tropy były całkiem zadeptane i zmieniały to miejsce w wielobarwne i pozbawione sensu mentalne konfetti. Jak cię dorwę w swoje ręce to cię rozedrę na strzępy, ty mały, plugawy koci wymiocie. Żebym musiał się uganiać za jakimś kretynem w taką paskudną pogodę. Ja, Sylwan Wiśniowiecki, śląski dowódca Ogarów! Jeśli tylko będzie cień szansy, że nikt się o ciebie nie upomni to nawet cię nie aresztuję. Po prostu wyrwę ci łeb razem z płucami, rynsztokowy cwaniaczku. Sylwan był cały mokry, zmarznięty i zły. Jeremi był na tyle zdegustowany zaistniałą sytuacją, w której jakiś wampir morduje zupełnie bez sensu dzieciaki, że Sylwan chcąc nie chcąc, musiał zająć się sprawą osobiście, zamiast wysłać któregoś ze swoich ludzi. Inaczej stary radny chyba nie dałby mu spokoju. Poza tym nie miał nawet czasu napić się porządnej kawy.

    - Gdzie mogę znaleźć Roberta Ciszewskiego i Marię Kazimierską? – stary człowiek, zupełnie nieadekwatnie do sytuacji uśmiechnął się.
- I niby jak ci powiem to zostawisz nas w spokoju, co?
- Niczego takiego nie powiedziałem. Ale zakładam, że za tą ścianą siedzi twój wnuk albo wnuczka. Dam sobie rękę uciąć, że ma na uszach słuchawki, słucha muzyki i siedzi przed komputerem czytając cały ten internetowy bullshit. Matki pewnie nie ma w domu, bo inaczej dzieciak nie surfowałoby bezkarnie tak późno w nocy w wirtualu. Zawsze byłem otwarty na poznawanie nowych ludzi. Może powinniśmy zaprosić do tej konwersacji twe zapewne przeurocze wnuczątko?
- Ty zimny bydlaku – wysyczał stary i rozkaszlał się potwornie
- Spokojnie, bo mi tu wykitujesz, zanim skończymy naszą przyjacielską pogawędkę – Seweryn wrzucił niedopałek do szklanki, w której w miętowym płynie moczyła się sztuczna szczęka Jerzego. Papieros zakończył swój żywot z sykiem.
- To jak?
- Jaką mam gwarancję, że zostawisz moją rodzinę, jeśli ci powiem?
- Taką samą jak to, że jej nie zostawię, gdy mi nie powiesz. Żadną. Ale zawsze warto spróbować, nie? Zawsze jest ten mały cień szansy, prawda?
- Robert umarł dziesięć lat po tobie, jakkolwiek to nie brzmi. Właściwie to nie umarł, tylko został zamęczony przez takich samych esbeckich sukinsynów, jak ty. Właśnie przez ciebie.  Jego dzieci dawno temu wyemigrowały za granicę, szukając pracy. Żona zmarła kilka lat temu. Jego już nie dostaniesz w swoje ręce. A Marię, o ile mnie pamięć nie myli, znajdziesz przy ul. Św. Rocha 79/12. – rezygnacja, jaka malowała się na twarzy Jerzego sprawiała, że wyglądał na jeszcze starszego, niż był w rzeczywistości. - Powiedziałem ci, co chciałeś wiedzieć. I wiesz co? Gdybym mógł cofnąć czas do 1952 to strzeliłbym do ciebie jeszcze raz. Ale tym razem w ten czerwony łeb! A teraz wynoś się stąd.
- I tak byś mi powiedział. Zaoszczędziłeś mi trochę czasu. Ale wychodzić póki co nie zamierzam. – Seweryn był zaskoczony, że poszło mu tak łatwo i sprawnie. Po raz kolejny ucieszył się z daru nieśmiertelności; jak widać było na załączonym obrazku nawet najwięksi herosi wraz z wiekiem tracą cohones. Co więcej, Jerzy nie kłamał. Jako wampir Seweryn miał fantastycznie rozwinięte zmysły i po prostu po zapachu czuł, że tamten mówi prawdę.
- A ja nie mam siły opowiadać ci o szczegółach zamachu, jaki na ciebie planowaliśmy.
- O tym opowie mi Maria. Ze wszystkimi szczegółami. A teraz czas sprawdzić co porabia młodsze pokolenie…
- Ty skurwielu! – stary szarpnął się na posłaniu, ale zaraz z powrotem opadł na poduszki.
- Nieładnie, Jerzy, nieładnie. – Seweryn wyszedł z pokoju. Siedlecki słyszał cichą szamotaninę w pokoju obok. Po chwili wampir powrócił trzymając za kark w  żelaznym uścisku młodego, może siedemnastoletniego chłopaka. Nastolatek na pewno był przerażony, ale większą część jego twarzy zakrywała farbowana na czarno, zaczesana na bok grzywka. Jedyne widoczne, pomalowane czarną kredką oko toczyło po pokoju w poszukiwaniu jakiejkolwiek nadziei na ratunek. Pierś, opięta czarną, obcisłą koszulką z różową czaszką po środku, unosiła się i opadała doskonale uwidaczniając przyspieszony oddech chłopca.
- Powiedz mi, Jerzy… Bo bardzo mnie to nurtuje. To jest wnuczek, czy wnuczka, bo naprawdę trudno się zorientować.
- Zostaw Bartka w spokoju, ty czerwony diable! – starzec znów zatchnął się na dłuższą chwilę.
- Po imieniu wnioskuję, że wnuczek. Chłopcze, nie wstyd ci przebierać się za dziewczynkę? Nie uważasz, że to takie trochę, no wiesz, niemęskie?
- Jestem Emo! My wszyscy się tak ubieramy!
- No popatrz Jerzy… Człowiek żyje tyle lat na tym świecie i nadal nie ma o niczym pojęcia. Emo. W życiu nie słyszałem o czymś takim. – Rzucił chłopaka na krzesło, na którym sam jeszcze przed chwilą siedział i oparł się o ścianę, zapalając kolejnego papierosa.
- Bartku Emo, opowiedz mi proszę o tym zaskakującym zjawisku. Jestem wielce ciekaw… - po policzkach Bartka popłynęły barwione czarną kredką i tuszem łzy. Skulił się, osłaniając głowę rękami o pomalowanych czarnym lakierem paznokciach.
- O co tu chodzi?! Jak chcesz pieniędzy, to my w domu nic nie mamy! Są tylko posrebrzane łyżeczki w kredensie! Chcesz, to bierz je i idź sobie, zostaw nas w spokoju
- Jemu nie chodzi o pieniądze, Bartku – głos starca przypominał trzask suchych gałązek
- To o co? – Seweryn miał niemalże pewność, że tylko bardzo cienka granica dzieli nastolatka od lawinowej histerii.
- Pozwól, chłopcze, że powtórzę swoją prośbę ponownie, mam nadzieję, że jaśniej. Opowiedz mi o tym nieznanym mi zjawisku.
- Co chce pan wiedzieć? – Bartek bezwiednie drapał strup po cięciu żyletką.
- To lubię Jerzy. – Seweryn pomachał zapalniczką w stronę nastolatka – Pełna chęć współpracy. Szkoda, że za czasów mojej świetlanej kariery zawodowej, którą przerwałeś, można by rzec, że z wielkim hukiem, ludzie nie byli tak otwarci i wylewni. Chcę, żebyś mi coś opowiedział o tych… Emo – zwrócił się do chłopaka
- To jest taka subkultura. Jak punki albo metale.
- Kontynuuj. Co was łączy? Bo przecież wszystkie te subiektywne kultury mają jakiś wspólny cel jak ćpanie, jeżdżenie niezgodnie z przepisami, czy, no nie wiem, bicie innych ludzi, bo ich ulubiona drużyna piłkarska jest bardziej piłkarska niż ulubiona drużyna piłkarska tych w zielonych barwach. Ludzie mają różne sztandary.
- To, że nasze życie jest okropne, nikt nas nie rozumie. Łączymy się we wspólnym pragnieniu odejścia z tego piekła – chłopak mówił z coraz większym zapałem, jakby zupełnie zapominając o strachu
- Załatwione – Seweryn z szybkością, jaką nie pogardziliby najlepsi rewolwerowcy wszech czasów wyciągnął z kabury przy pasku pistolet i strzelił precyzyjnie pomiędzy oczy Bartka. W zamku na dole rozległ się chrzęst klucza.

    Padający od niechcenia deszcz zaczął zamarzać tuż przed zderzeniem z ziemią. Sylwan nie miał nawet pomysłu, gdzie mógłby zacząć szukać. Wjechał w ulicę Piłsudskiego i zaparkował przed hotelem. Musiał to wszystko porządnie przemyśleć. Zamknął samochód i wszedł do środka. Za ladą przywitał go młody chłopak, usłużnie pytający o możliwość spełnienia jego życzenia. Sylwan najchętniej odpowiedziałby, żeby człowiek znalazł grasującego po okolicy wampira, ale ostatecznie poprosił o pokój i kawę. Odebrał kluczyk, burcząc pod nosem coś w rodzaju „dzięki” w odpowiedzi na życzenie miłego pobytu i wdrapał się po schodach na pierwsze piętro. Usiadł ciężko na łóżku wyciągając białą kartkę i zaostrzony ołówek. Natura obdarzyła go całkiem niezłym talentem plastycznym, więc już po chwili dysponował naprawdę dobrym portretem pamięciowym sprawcy. Tylko co z tego? Z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi. Mruknął „proszę” i jego oblicze rozjaśniło się na widok aromatycznego, czarnego napoju przyniesionego w filiżance przez pokojówkę.  Tego było mu potrzeba od samego wieczora. Ciemnej, błotnistej kawy przywodzącej konsystencją na myśl bagniska Luizjany. Upił z rozkoszą łyk i spojrzał na zegarek. Było trochę po północy, jeszcze naprawdę dużo czasu. Dużo czasu do zmarnowania, bo tak naprawdę nie miał żadnego rzetelnego planu na znalezienie swojego celu. Odwrócił się w stronę dziewczyny zdziwiony, że ta nie opuściła jeszcze pomieszczenia. Uniósł brwi. Blondynka nie zwracała na niego uwagi; przyglądała się z marsem na czole szkicowi, który przed chwilą wykonał. Red alert w głowie Sylwana zawył potępieńczo.
- Widziała pani tego mężczyznę? – spojrzała na niego rozkojarzona; dopiero po chwili skupiła na nim wzrok i spytała
- Słucham?
- Pytałem, czy widziała pani wcześniej tego mężczyznę.
- Nnie… Raczej nie. Nie jestem tego pewna. – nie kłamała. Sylwan westchnął ciężko. Zaklęcie Prawdy odpadało. Wampir musiał na nią rzucić Urok. Szarości albo Niepoznania, nie ważne z resztą; z grubsza chodziło o niezapamiętanie danej osoby, choćby się z nią spędziło pół wieczora. Gdzieś tam w głowie będzie się kołatała myśl o kimś spotkanym, ale kto to był, jak dokładnie wyglądał, człowiek za nic w świecie nie był w stanie sobie przypomnieć. Złapał ją za rękę, delikatnie, jednak stanowczo.
- Proszę pomyśleć. To dla mnie bardzo ważne. Proszę się skupić. – zajrzał jej głęboko w oczy i wyszeptał kilka słów w języku, którego nie miała prawa nigdy wcześniej słyszeć – Starowampirzym. Zastygła bez ruchu. Sylwan machnął dłonią tuż przed jej oczami; źrenice nawet nie pomyślały o tym, żeby zareagować. Zaklęcie podziałało. Uniósł delikatnie przegub pokojówki do swoich ust i naciął lekko ostrym jak brzytwa kłem. Upił łyk czerwonej, słodkiej jak pocałunek chętnej kochanki krwi i zamknął oczy. Z jednej strony uwielbiał to uczucie, z drugiej nienawidził. Było to najprzyjemniejsze doznanie, jakiego kiedykolwiek doświadczył, jednak ze względu na swoje dwoiste pochodzenie nie czerpał z Picia takiej przyjemności, jak mógłby będąc dzieckiem dwójki wampirów, a nie wampira i Wiedzącej. Niby byli do siebie bardzo podobni, ale Dary Beliara dla każdej z powołanych przezeń istot – wampirów, wilkołaków i Wiedzących – były inne i tylko Bóg jeden w niebiosach mógł próbować przewidywać, jakie będą skutki łączenia się ich we krwi potomków tych trzech odrębnych, bądź co bądź, gatunków. A krew to było nie tylko źródło życia, ale i informacji. Sylwan właśnie dzięki niej widział wszystko to, co spotkało jego ofiarę w przeszłości. Wraz z ilością wypitej posoki zagłębiał się coraz bardziej w przeszłość człowieka, wampira, czy jakiejkolwiek abstrakcyjnie myślącej istoty. Szczerze nienawidził swojej Mocy, jak nazywał to Jeremi. Łatwiej byłoby mu nie wiedzieć, jakie życie prowadzili ci, których tego daru


Jedyna możliwość żonatego mężczyzny, by w domu mieć ostatnie słowo, to przyznać rację żonie

Offline

#5 2010-10-09 18:14:37

 kapadocja

Był statystą w Avatarze

24643945
Skąd: Salt Lake City
Zarejestrowany: 2009-12-26
Posty: 574
Punktów :   
Armia w WFB: Wood Elves

Re: taniec z diabłem w świetle księżyca

pozbawiał. Wolał nie wiedzieć nic o ich przeszłości, marzeniach, namiętnościach czy nałogach. Czasem chciałby widzieć w nich tylko bydło z przeznaczeniem na rzeź. Ale nie umiał. Dla niego każdy jeden był indywidualnością, czerwoną kropką w tłumie czarnych kropek, tym jednym i jedynym. Każdy był kolejnym koszmarem złamanego życia.  Czymś zupełnie innym było zabicie kogoś choćby strzałem w głowę a czymś zgoła odmiennym pozbawienie go krwi. Pierwszy sposób nie niósł za sobą nieprzespanych  nocy. Zdecydowanie wolałby korzystać z mocy wampirów, czytania w myślach czy innego rodzaju telepatii. Ale tego nie potrafił. Potrafił czytać z krwi. I tego nie dało się oszukać, zablokować czy nie zezwolić. Miał teraz szczerą nadzieję, że dziewczyna, jeśli faktycznie widziała gdzieś wampira, którego szukał widziała go niedawno. Nie chciał pić jej krwi do końca. Nie chciał, by stała się kolejnym odbiciem czyjegoś życia uwięzionym w jego duszy. Przełknął. Obrazy napłynęły do jego głowy z siłą nawałnicy, rozmowy z ludźmi, powrót z pracy do domu, wizyta w sklepie i u fryzjera, kolacja w jakiejś miłej knajpce. I odpowiedź udzielona na pytanie, czy sprzedają w barze na dole papierosy. Odpowiedź udzielona na pytanie JEGO WAMPIRA. Zamykał drzwi pokoju numer 121. W TYM hotelu. Nie dalej jak wczoraj. Sylwan oderwał usta od broczącej rany, złożył na niej wampirzy pocałunek; ślad po ugryzieniu pozostanie niewidoczny dla ludzi. Pstryknął palcami; kobieta zamrugała szybko i jeszcze raz spojrzała na rysunek, jakby przerwa w dostawie świadomości w ogóle nie nastąpiła.
- Przykro mi, ale nie wydaje mi się. – wstała – Czy życzy pan sobie coś jeszcze?
- Nie dziękuję. Trudno. – uśmiechnął się do niej. Ukłoniła mu się grzecznie i wyszła. Nasłuchiwał jej kroków nerwowo bębniąc palcami o blat stołu. Ruszże się, kobieto, idźże szybciej, bo zaraz mnie tu krew zaleje. Wreszcie kroki umilkły. Sylwan wypadł z pokoju, jakby ktoś podpalił mu spodnie na siedzeniu. 121, 121… To musi być na tym samym piętrze! Rozejrzał się uważnie. Faktycznie… po drugiej stronie korytarza znalazł pożądane drzwi. Stanął nasłuchując. Nie usłyszał nawet najlżejszego szmeru, co tak naprawdę w ogóle nie świadczyło o tym, że nie ma go w środku. Nie świadczyło o niczym. Był wampirem i mógł poruszać się absolutnie bezszelestnie, jeśli tylko chciał. Mógł siedzieć tam z bronią o tak dużym kalibrze, że mógłby dziurawić nią czołgi skierowaną w stronę drzwi. Mógł czytać. Mógł nawet szydełkować albo mogło go najzwyczajniej w świecie nie być w środku. Nie było czasu na zastanawianie się w nieskończoność. Tak do niczego nie dojdzie. Nacisnął na klamkę. Drzwi były zamknięte na klucz. Zdolności telekinetyczne też nie były mocną stroną Sylwana, ale zwykły zamek nie stanowił bariery nie do przejścia. Skupił się i po chwili był już w pokoju. Pustym pokoju.

    Plan miasta nie kłamał. Niedaleko znajdował się przystanek autobusowy, z którego odjeżdżał osiemnaście minut po godzinie pierwszej autobus nocny N3. Według mapy miał go zawieźć na ulicę św. Rocha. Odnalezienie numeru 79 już nie powinno wówczas stanowić problemu. Chociaż tyle. Seweryn jakoś nie miał przekonania do tych wszystkich nowinek technicznych. Niby mógł korzystać z telefonu komórkowego z GPS, mógł mieć laptopa z bezprzewodowym podłączeniem do Internetu, mógłby jeździć najnowszym BMW. Ale to wszystko pozostawiało ŚLAD. Był kim był i doskonale zdawał sobie sprawę z wszechobecnej inwigilacji. Nawet jeśli teraz ludzie myśleli, że w swoim kapitalistycznym świecie są wolni była to bzdura. Im więcej wolności wydawało im się, że mają, tym bardziej byli tak naprawdę szpiegowani, śledzeni i podglądani. A wszystko za pomocą urządzeń, które im rzekomo tę wolność dawały. Taki Big Brother, tylko na skalę globalną. Seweryn był świadom wszystkich zagrożeń dla anonimowości, dlatego przyjechał pociągiem, kupił plan miasta i nie dzwonił. Jeśli już, to z budki telefonicznej. Tak było bezpieczniej. Zdążył wypalić papierosa, zanim na przystanek doczłapał się stary, czerwony autobus, robiący więcej hałasu niż pług z zatartym silnikiem. Zatrzymał się ze zgrzytem przed Sewerynem i rozwarł z jękiem drzwi. Seweryn na wszelki wypadek jednak położył kierowcy na tacce należną sumę i usiadł na siedzeniu zaraz za nim. Cholera. Pomyślał nasuwając głębiej kapelusz na oczy. Nie wiedział, że nocne autobusy, zwłaszcza tak stare, mają monitoring. Wszystkiego by się spodziewał, ale nie tego. Wysiadł przystanek wcześniej niż zamierzał i ruszył szybkim krokiem w stronę, gdzie niknęły już czerwone światełka umieszczone z tyłu autobusu.

    Cholera! Zaklął w myślach Sylwan. I co, niby myślałeś, że to będzie takie proste, co? W kieszeni zabrzęczał telefon. Jeremi. Szlag. Jeszcze tylko jego brakowało do pełni szczęścia.
- Tak?
- Witaj Sylwanie – zaczął stary wampir powoli i wyraźnie artykułując każdą zgłoskę.
- Witaj, Jeremi.
- Jak tam twoje poszukiwania? Dowiedziałeś się czegoś?
- Całkiem sporo.
- To dobrze. Niezwykle cieszy mnie twój zapał i rzetelność w wykonywaniu obowiązków. Nie zgadniesz, kto do mnie przed chwilą zadzwonił. – włosy Sylwana zjeżyły się na karku
- Kto? – po plecach przebiegł dreszcz.
- Lazarus… - to imię wypowiadane ustami Jeremiego zabrzmiało jak ukąszenie Kobry Królewskiej – Chyba nie muszę ci mówić, kim Lazarus, mój drogi, jest w naszej dumnej społeczności, nieprawdaż? – oczywiście, że nie musiał. Lazarus był Praetorianem, największym służbistą, jakiego Sylwan miał nieszczęście na swojej drodze spotkać. A na domiar złego sprawował pieczę nad Europą środkową. Czyli TU.
- Czego chciał?
- Pogratulować ci tak szybkiego zasznurowania ust Internetowi. Niestety, nagra